„Kangurka Kao”… Chciałem
tu napisać, że nikomu nie trzeba go przedstawiać, ale nie byłaby to chyba
prawda. Seria gier z jego udziałem nie jest ani szczególnie długa, ani mega
popularna – polskie studio, bo to właśnie rodzima produkcja, wypuściło na
początku XXI wieku trzy (plus mały dodatek) części i przez lata tytuł pozostawał
właściwie wspomnieniem. Aż tu nagle w zeszłym roku, po dwóch latach zapowiedzi,
gracze dostali nową odsłonę serii. A wraz z nią pojawiła się na rynku gra
planszowa. I ta planszówka, bo to dziś biorę na celownik, okazała się strzałem
w dziesiątkę.
Kangurek Kao. Skoczny zwierzak
w niebieskich spodenkach. Skoczny, ale i , jak na kangura przystało, potrafiący
walczyć – rękawice bokserskie na jego łapach o czymś świadczą. Kto by nie
chciał być kimś takim? Właśnie, więc wcielcie się w niego i skacząc oraz
walcząc, przemierzajcie kolejne niezwykłe miejsca. Od soczyście zielonej dżungli,
po pustkę zmarzliny, wyruszcie z nim na pełną niebezpieczeństw, przygód i
rywalizacji wyprawę po skarby!
Więc tak, nie będę się
wypowiadał na temat tego, jak bardzo gra planszowa przypomina swój cyfrowy
pierwowzór. I nie chodzi o to, że to dwa różne światy i porównywać nie mam co,
chociaż trochę tak to wygląda. Rzecz w tym, że od kiedy grałem w którąś ze
starych części (nawet nie wiem już którą), minęło dobrych kilkanaście lat i
prawie nie pamiętam rozgrywki, a nowa odsłona wciąż czeka na zainstalowanie (i
sobie jeszcze niestety poczeka, bo dysk z gumy nie jest, a kolejka gier, w
które koniecznie muszę zagrać zrobiła się całkiem spora). Więc zaufam opisom,
że to światy z gier o Kao i że mechanika też podobna – a sam mogę stwierdzić,
że ta mechanika fajnie działa i ma w sobie coś z grania na konsoli czy PC. Ale nie
jest to kwestia najważniejsza ani w umie szczególnie ważna – oba typy rozrywki
różnią się mocno od siebie i fajnie jest, jak twórcy, zachowując to, co cenią
fani – a widać w samej oprawie graficznej, że to zrobili – tworzą coś nowego, a
jednak udanego. No i tak właśnie jest w tym wypadku.
Pozostając w temacie
całej tej mechaniki rozgrywki, to faktycznie przypomina typową platformówkę,
gdzie trzeba biegać, skakać, zbierać monety i pokonywać wrogów. Wszystko to
jest tutaj, choć bardziej stateczne, bo pionki same w sobie nie skaczą. A sama rozgrywka
jest bardzo prosta, łatwa do opanowania, ale i bardzo przyjemna. Tu w sumie mam
taki mały zarzut, bo rzecz skierowana jest do graczy w wieku już 7+, więc
instrukcja grania mogłaby być skrojona w prostszy sposób, ale nie jest też tak,
że nie da się jej zrozumieć, po prostu dzieciaki – nie tylko te najmłodsze –
mogą się w tym nieco zgubić i dopiero po przećwiczeniu wszystkiego w praktyce
będą cieszyć się w pełni gierką. No a cieszyć się jest czym.
Nieważne czy znacie i
lubicie cyfrową wersję, czy nie Cenega postarała się mocno, by rzecz oddawała
charakter i mechanikę platformowych gier. Jak to wygląda w praktyce? No nie
chcę Wam tu streszczać instrukcji, ale chodzi o to, że budujemy sobie taką
planszę z kafelków, jakie dostajemy – tych kafelków jest łącznie trzydzieści siedem
i reprezentują cztery obszary (Wyspę Hopaloo, Głodną Dżunglę, Góry Zmarzliste i
Wyspy Wieczności) – i po tym sobie skaczemy. A skaczemy, żeby zbierać monety,
ale też i podejmować się wyzwań, łapać zdobycze czy walczyć z wrogami albo rywalizować
z kolegami. No i jeszcze mamy ewolucję postaci poprzez wzmacnianie jej różnych umiejętności
walki. I właśnie cały ten system został fajnie pomyślany – postać ma życia,
których może ubywać, a ten ubytek oznaczamy poprzez przesuwanie odpowiednich znaczników.
Znaczniki pozwalają nam też łatwo oznaczyć co i jak już osiągnęliśmy na drzewku
rozwoju naszej postaci.
I tak w to się gra, rzecz
wciąga – jedna rozgrywka to jakieś 45 minut, a może w niej uczestniczyć od
dwóch do czterech graczy – dostarcza dobrej zabawy i… No w oko też wpada. Wiadomo,
gra wygląda jak powinna, by spodobać się przede wszystkim dzieciom, więc jest
kolorowa, barwna i cartoonowo prosta, ale ma to urok, który i dorosłym może się
spodobać. Mi podoba się, że to takie trochę synthwave’owe w swej estetyce, że
grafika komputerowa, ale taka z urokiem odświeżonych dawnych przygodówek (może
skojarzenie nie na miejscu, bo to jednak inna kategoria, ale miałem podobne
wizualne wrażenia, jak przy ogrywaniu nowych części reaktywowanego „Larry’ego”,
a gierki te wprost uwielbiam, więc to też swoje zrobiło). No a poza ładnym
graficznym wykonaniem, także jakość tego wszystkiego jest znakomita – elementy zrobione
z grubego kartonu, z dobrą jakością druku i żywymi barwami, do tego mamy
figurki, dyski i znacznik diamentów wykonane z drewna. Tu nawet pudełko super
wygląda i choć często mam tak, że z braku miejsca zostawiam sobie tylko
elementy gry i ich instrukcje, tu zostanie wszystko, nie miałbym sumienia się
go pozbyć.
No i co tu więcej mówić –
naprawdę świetna gra bez prądu. Coś, co spodoba się zarówno miłośnikom komputerowego
pykania, bo dobrze przenosi mechanikę i zabawę cyfrową na kartonowy, planszowy
grunt, jak i po prostu każdemu, kto lubi dobre familijne gry planszowe. Nic więcej
dodawać nie trzeba.
Recenzja opublikowana na portalu Sztukater.




Komentarze
Prześlij komentarz