The Amazing Spider-Man: Complete Clone Saga Epic #1 – Tom DeFalco, J.M. DeMatteis, Todd Dezago, Terry Kavanagh, Mike Lackey, Tom Lyle, Howard Mackie, Mark Bagley, Sal Buscema, Steven Butler, Phil Gosier, Ron Lim, John Romita Jr., Alex Saviuk, Liam Sharp

KLONOWY POCZĄTEK

 

No i musiałem. Czytałem „Sagę klonów”, kiedy wydawało ją TM-Semic, czytałem różne oryginalne zeszytówki, ale nie wszystko. I nie wszystko miałem na półce, więc skusiłem się w końcu na pierwszy tom zbiorczego wydania. Bo i mamy tu samo gęste, te początki, najlepsze przecież, i sporo rzeczy, których po polsku nam pożałowano, a niesłusznie, bo świetne były. I trochę zgrzytam zębami, bo ktoś, kto to wszystko poskładał do kupy, w kolano strzelił sobie chronologią historii tak, że w tej formie czytać tego nie powinni ci, którzy „Sagi” dotąd nie poznali. Ale nadal super mi się to czytało. I tylko żal, że na razie dorwać udało mi się tylko ten i piaty tom z tego wydania, bo marzyłoby mi się mieć całość na półce.

 

Trzej mężczyźni, ich uczucia do trzech kobiet i obowiązek wobec świata. Pierwszy z nich to Ben Reiley, który jeszcze nie wiedział, że tak naprawdę jest Peterem Parkerem i starał się (bezskutecznie zresztą) pogodzić z rolą klona. Drugim okazuje się kolejny klon Parkera, podążający za nim psychopata Kane. Trzecim stanie się Jacob Raven, policjant. Ich drogi przetną się w mieście tego ostatniego, Salt Lake City, gdzie uciekając przed samym sobą trafi Ben. Reiley nie chce ulec własnym odczuciom, które popychają go do ratowania kolejnych ludzi. Nie jest Peterem, chce zacząć nowe życie. Znajduje pracę, poznaje piękną kobietę podobną do MJ, Janine, a jednak tli się w nim coś więcej. Kane także wpada w sidła uczuć, kiedy poznaje policjantkę Louise Kennedy, partnerkę Ravena z komendy, i stanie się jej cichym aniołem stróżem. Niestety Raven nie ma swojego obrońcy, a na niego czyhają bandyci, którzy nie cofną się przed uprowadzeniem go i wysadzeniem jego domu, wraz z ukochaną żoną i dzieckiem znajdującymi się w środku…

A potem się zaczyna. I zaczyna się od trzęsienia ziemi: Peter na dachu szpitala spotyka swojego klona. Klona, który przed laty zginął. Skąd się tu wziął? Jak przeżył? I co to będzie oznaczało dla naszego bohatera? Tymczasem szpital Ravencroft przejmuje szalony Judasz Podróżnik, który wkrótce składa Spider-Manowi propozycję, z której nie ma dobrego wyjścia. Jak z takim natłokiem wydarzeń poradzi sobie Peter? I czym się one dla niego skończą?

 

Dobra, to wrócę do tego mojego narzekania, że ktoś, kto to układał i składał strzelił sobie w kolano. O co chodzi? A o to, że – uwaga, będzie trochę spoilerowania – album otwiera miniseria „The Lost Years”, czyli historia ukazująca losy Bena między pierwszą a drugą „Sagą klonów”. Niby chronologicznie jest okej, ale… Właśnie, w oryginale część tego wyszła na początku i to było jak najbardziej w porządku, ale główna opowieść, ta ilustrowana przez Romitę Jr. to już publikowana była tak po procesie Parkera, czyli gdy już wszyscy wiedzieli, że Peter to klon a Ben to oryginał. I o tym w tekście się wspomina. A przecież „Proces” to historia zawarta w czwartym tomie, sam wątek kto jest klonem, a kto nie to jeden z tych sekretów, który niósł fabułę, ciekawił, gdy czytało się to wszystko po raz pierwszy, a tu wszystko od razu na początku, przez co szlag trafia zwroty akcji, bo wyjaśnia też, kto był mordercą. Tak się zwyczajnie nie robi, bo gdyby ktoś odkrywał tu tę fabułę po raz pierwszy, no miałby spory zawód. W omnibusie potem naprawiono ten błąd, ale tu jest a szkoda.

 


Z drugiej jednak strony ja już opowieść znam, zaskakiwać się nie muszę, a „Stracone lata” uwielbiam, wiec się cieszyłem, że są i cieszę nadal. Ale wytknąć musiałem. Ot tyle. A reszta? Fajna jest, bardzo nawet. Bo w końcu mamy tu akcję, psychologię, ważkie pytania, świetny klimat. Powiem, że może i lata 90. XX wieku były tandetne, ale miały swój niezapomniany klimat i za to kocham zeszyty z tamtych lat. Tu co prawda nie rzuca się on w oczy tak bardzo, niemniej nadal jest udany i sprawia, że komiks nie tylko odbiera się umysłem, ale i sercem. Na początku bowiem dzieje się dużo, ale dzieje się głównie w sferze uczuć i takie podejście do tematu mi pasuje. DeMatteis, autor, który napisał legendarne „Ostatnie łowy Kravena”, skupił się w „Straconych latach” na miłości, zdradzie, zbrodni i wykorzystywaniu seksualnym, a także – choć wydaje się to schodzić na drugi plan – poszukiwaniu własnej tożsamości. Czy klon może mienić się człowiekiem? Czy może złamać genetyczne uwarunkowania zachowań i myśli?

 

A potem przybywa akcji. Przybywa wątków, postaci… Fajnie wypada to, że między „The Lost Years” a właściwą „Sagą” mamy taki kolaż stron z różnych pajęczych komiksów, gdzie Ben pojawiał się mniej lub bardziej, podsycając czytelniczą ciekawość. Złożone to całkiem-całkiem, kontekstu dodaje i dobrze, że wrzucili. Bo czemu nie. A jeszcze mamy świetne rysunki i dobre wydanie – papier półkredowy pasuje mi o wiele bardziej, niż ten błyszczący, co go omnibusy oferowały. Warto. Tu jeszcze ta historia to naprawdę było coś. I tylko szkoda, że dalsze tomy ciężko dorwać w rozsądnej cenie. Ale może w końcu się uda.

Komentarze