„Avatar: Istota wody” to film, na który nie
czekałem. Jedynka kupiła mnie, ale tylko wizualnie. Fabuła? Miałka konwersja
historii Pocahontas, naiwna, nielogiczna i pozbawiona właściwie jakichkolwiek
atrakcyjnych wątków, sztampą wiała i tyle. Ale oglądało się, bo fajne
wizualnie. Więc i dwójkę w końcu obejrzałem. Tak bez oczekiwań, bez większych
nadziei i… I może dlatego zaskoczyłem się pozytywnie. Fakt, fabuła do
zaoferowania ma niewiele więcej – ale jednak coś tam miała – za to wizualnie
„Istota wody” dobrze mi zrobiła i chociaż to ponad trzy godziny seansu, o dziwo
bawiłem się naprawdę dobrze.
Od wydarzeń z poprzedniej części minęła dekada. Jake
jest przywódcą klanu, nadal jest ze swoją ukochaną, ma gromadkę dzieci i jakoś
sobie żyje. Do czasu. Ludzkość, która dobiła już niemal doszczętnie Ziemię i
musi opuścić umierającą planetę, znów zjawia się na Pandorze i zaczyna szykować
inwazję. Jednocześnie są też tacy, którzy na Jake’u zemścić się chcą z pobudek
osobistych. Lud Na’vi czeka kolejna walka, a Jake’a i jego bliskich tułaczka,
która pozwoli im odkryć wodną stronę niezwykłego świata…
Sztampowa ta fabuła, prawda? No taki standard
Camerona, z wkurzającym głównym bohaterem, bezmózgimi wojakami i sympatycznymi
autochtonami, którzy radzić muszą sobie z najeźdźcą. Ot frazesy. Ba, na dodatek
kopiuje tu samego siebie, bo finałowe sceny na tonącym statku to wypisz wymaluj
sekwencje z „Titanica” – a jeszcze przecież Kate Winslet ma tu swoją rolę do
odegrania. No ale tym razem, głównie dzięki świetnym wodnym sekwencjom i
fajnemu rozbudowaniu świata o wyspiarskie klimaty, jakoś łatwiej to strawić. No
i jest jeszcze Kiri, chyba najlepsza avatarowa postać, która z miejsca zjednuje
sobie naszą sympatię, ma typowy, acz niezły wątek tajemniczej przeszłości (kim
jest jej ojciec?) i pokazuje, że Sigourney Weaver jeszcze może nas pozytywnie
zaskoczyć swoją grą aktorską.
Mało? I tak więcej, niż miał do zaoferowania
poprzednik. A pamiętajmy, że przede wszystkim wizualnie to ma nas ruszać. I
rusza. Film nie wycisnął ze mnie łez, choć Cameron się starał, w łzawym finale
nie poczułem dosłownie nic, ale oglądając wszystkie te wodne sekwencje, te
„wieloryby” i całą resztę, czułem jakiś taki dziecięcy zachwyt nieznanym, który
udzielił mi się od reżysera. I możliwościami technicznymi. Bo może to i nie ma
tyle serca i ducha, co ręcznie robione efekty specjalne, budowane modele i
scenografie, ale więcej czuć je w „Avatarze”, niż w większości współczesnych
epic movies.
Więc jestem na tak. Trochę wbrew sobie, bo przecież
to miało mi się nie podobać, miałem objechać, a bawiłem się dobrze. Co z tego,
że logika się sypała, bez znaczenia, że Cameron nic tu nie odkrył – „Avatarem”
odkrył dla nas kino 3D, a raczej wyniósł je na nowy poziom, a także CGI na
niespotykanym wcześniej poziomie, a tu jedynie odtwarza to wszystko – bo zabawa
jest udana. Intelektualnie wyrugowana, ale wizualnie pierwsza klasa. I jeszcze
sobie tą „Istotę wody” nie raz obejrzę, bo budżet szacowany nawet na ponad 400
miliony dolarów, na marne nie poszedł. A poza tym, co tu dużo gadać, teraz
chętniej spojrzę na trójkę, jak już się w końcu pojawi (choć pierwsze szkice
koncepcyjne nowych miejsc jakoś wrażenia nie robią, ale co tam, dam szansę).
Recenzja opublikowana też na portalu Kostnica.



Komentarze
Prześlij komentarz