Leisure Suit Larry: Wet Dreams Dry Twice


MOKRE SNY W WIEKU ŚREDNIM

 

Nigdy nie sądziłem, że jakaś gra typu point’n’click będzie mnie kręciła, bo wolę zdecydowanie bardziej dynamiczną i rozbudowaną cyfrową rozrywkę, a jednak. Przygody Larry’ego to gra zdecydowanie w moim guście i jednocześnie chyba najlepsza w swoim gatunku, w jaką grałem. I po „Wet Dreams Dry Twice” został mi jedynie żal, że to już koniec.

 

Larry powraca, by uciec sprzed ołtarza i ruszyć na poszukiwania swojej utraconej miłości. Ta żyje na wyspie kanibalek, które mężczyzn traktują jako pokarm. A za obojgiem podąża wynajęta agentka, bowiem na szczytach władzy doszło do przetasowania i nowa szycha nie ma zamiaru ryzykować powrotu kogokolwiek, kto mógłby pokrzyżować plany, które już wcielone zostały w życie. Zaczyna się walka z czasem, z której… Larry nie za bardzo nawet zdaje sobie sprawę, ale za to wie, że musi kogoś poderwać i zaliczyć!

 

Point’n’click to gatunek, który mnie wkurza, bo kiedy gram, zamiast kręcić się po planszy, szukać i raz po raz odwiedzać te same lokację, wolę działać, polegać na sprycie i dynamicznie w to wszystko wchodzić. Nie lubię kombinować? Myśleć? Wręcz przeciwnie, ale uwielbiam takie kombinowanie, jak w „Tomb Raiderach”, gdzie mogę jednocześnie sprawdzić własną sprawność. A w point’n’click, jak to w point’n’click nuży mnie to swoją statecznością i dość okrojonym wachlarzem możliwości. A w „Larrym” mnie to nie nuży. Czemu?

 

Bo śmieszy mnie ta gra. Bohater niczym Jaś Fasola, gdyby Jaś Fasola był zboczeńcem, brzydal przekonany o własnym uroku, który wiecznie chce kogoś zaliczyć – i zalicza – bywa wprost rozbrajający. Żenujący, ale rozbrajający. I mnie to śmieszy, bawi (szczególnie szalonymi pomysłami twórców zarówno na fabułę, jak i na zagadki, jak wybrnąć z niektórych sytuacji: no nie da się nie śmiać, gdy trzeba Larry’ego poddusić śmiertelnie, by dogodził duchowi) i czasem bywa jakże oczyszczające. A już odprężające na pewno. Bo nie irytuje to skomplikowaniem zagadek, a klimat ma.



No i budzi sentymenty. Bo pamiętam, jak seria wpadła mi w oczy, kiedy za dzieciaka zaczytywałem się magazynem „Click”. Ale zanim w nią zagrałem, minęły lata i właściwie żadna część nie kupiła mnie tak bardzo, jak te dwie nowe. I może to męskie, może to samcze, ale jednak bawię się przy tym lepiej niż sądziłem, że bym mógł. I tylko został we mnie żal, że to już koniec, bo jeszcze chciałbym wrócić do postaci Larry’ego, pokierować nim trochę, posłuchać, jak kobiety się z niego nabijają i… Cóż, mam nadzieję, że pewna „postać” jeszcze wróci, ale czas pokaże. Jak zawsze. A póki co wiem, że jeszcze do tych gier wrócę.

Komentarze