Machine Man: Ścigany / Sen robota / Co jeśli... on żyje?! – Tom DeFalco, Jack Kirby, Mike Royer, Herb Trimpe, Ron Wilson, Barry Windsor-Smith
Machine Man. No nie jest to postać, którą jakoś
byśmy dobrze znali czy kojarzyli. Pojawiał się czasem tu i tam, fajny wątek w
„Avengers: Na zawsze”, gdzie był ojcem dziecka Jocasty chociażby, ale nikt to,
do kogo przyłożylibyśmy większą wagę. Bywa. A tymczasem na samym początku właściwie
postać ta dostała miniserię, którą serio warto jest poznać. Ot choćby dla
samych rysunków, do których rękę w znaczący sposób przyłożył Barry Windsor-Smith,
ale nie tylko. Choć wciąż to one zostają największą atrakcją albumu.
Machine Man. X-51. Żyjący robot. Jak zwał, tak
zwał. Miał być wojskowym robotem, zyskał jednak duszę. Wychowany jak syn przez
człowieka, który duszą go obdarował, staje się bardziej ludzki niż wiele osób.
Ale jak sobie poradzi, gdy jego „ojciec” odejdzie z tego świata?
W tym roku Machine Man obchodzi
czterdziestopięciolecie swojego powstania. Okej, postać ta powstała wcześniej,
na potrzeby rozwijania komiksowego uniwersum „Odysei kosmicznej”, ale to
właśnie w roku 1978, dwa lata po debiucie, stała się częścią kanonu Marvela i
dostał własny tytuł. No i tak to się zaczęło. A potem, w 1984 roku, bohater
doczekał się drugiego volume’u swoich przygód, ot ledwie czteroczęściowej
miniserii no i właśnie to ona jest tym, co sprawia, że po ten tom warto
sięgnąć.
Pierwsze trzy historie w tym tomie to klasyk
Kirby’ego i wspólna przygoda Thinga, Jocasty i Machine Mana. A potem jest atrakcja
numeru, przenosząca nas do roku 2020 – tak, do rzeczywistości Iron Mana 2020,
który też się tu pojawia – gdzie Tom DeFalco serwuje nam całkiem sprawną fabułę
o świecie przyszłości, gdzie Marvela jako taki aż tak mocno nie wybrzmiewa, za
to czyste robotyczne SF ma szansę pokazać, na co je stać. A ilustrują ją Herb
Trimpe i Windsor-Smith i robią to obłędnie. Windsor-Smith to mistrz detali, gęsto
zakreskowanych kadrów i wszelkiej maści okablowania, olinowania itp. No i
świetnie operuje barwami, niby prostymi, niby wyrazistymi, ale znajomicie
pasujący. A patrząc na to, jak wówczas wyglądały komiksy, gość wyprzedzał swoje
czasy i to też się ceni.
Wszystko to razem wzięte składa się na komiks,
który bardziej niż fanom Marvela, polecić wypada fanom SF. Fajny klimacik,
gdzie mrok i barwne światła przeplatają się, jak w kinie z lat 80. XX wieku,
fajna akcja, przyjemne skupienie się na postaciach i nieco filozofujących
dywagacjach plus całkiem sprawne pisarstwo, bez zbędnej lekkości i rozpisywania
się, ale i bez nadmiaru tekstu czy ciężaru. I jeszcze trochę dodatków w tej
naszej edycji od „SBM”. A choć samo wydanie do życzenia sporo pozostawia, bo i okładka
mogłaby być lepsza, i korekta i przekład też – ot standard dla tej kolekcji –
to mimo wszystko satysfakcja zostaje. Że fajne było, że pomysłowe, że dobrze
się zestarzało i że w ogóle wydano coś tak niepopularnego.



Komentarze
Prześlij komentarz