Hideaki Anno odświeża
kolejny klasyk. Po wyśmienitej „Shin Godzilli” i udanym „Shin Ultramanie” (o
tym napiszę innym razem), wziął się za „Kamen Ridera”. I co? I znów zrobił to
po swojemu, ale z zachowaniem miłości do pierwowzoru. Efekt finalny zaś jest
taki, jakby połączyć „Power Rangers”, „Szybkich i wściekłych”, „Ghost Ridera” i
parę innych rzeczy, podlać to porcją masakry, gdzie bohater jednym ciosem
rozbryzguje wrogów i stworzyć z tego film specyficzny, ale całkiem do rzeczy.
Takeshi Hongo, młody
motocyklista, źle kończy i trafia w ręce organizacji SHOCKER, która zmienia
ludzi w ludzko-zwierzęce hybrydy, które po wypraniu im mózgu, działają dla
nich. Ale zanim do prania mózgu dochodzi, Hongo, przemieniony w potężnego (tak,
tak) konika polnego, zostaje uratowany przez byłą pracownicę SHOCKER i… No i od
tej chwili będą walczyć ze złymi i odkrywać prawdę o tym wszystkim aż…
„Kamen Rider” powstał w 1971 roku – od razu jako serial tv i manga – i tak sobie trwa po dziś dzień. W kinach bywał masę razy, zarówno jako filmowe wersje danych odcinków, jak i typowe kinówki. A ta jest najnowsza i zarazem rebootująca to wszystko. Tyle tła historycznego, teraz trochę prywaty. No bo mnie „Zamaskowany jeździec” jako taki nie kręci, postać kojarzyłem, ale dotąd nic nie oglądałem ani nie czytałem bo i po co. Tokusatsu, czyli takie japońskie epic movies (tudzież epic tv series) to ja lubię w przypadku kina kaijū, tudzież – ale to lata temu – w tych zerzniętych bezlitośnie z „Super Sentai” „Power Rangers” i raczej nie sięgam często. No, ale że film zrobił jeden z moich ulubionych reżyserów z Kraju Kwitnącej Wiśni, Hideaki Anno, musiałem. I nie żałuję.
Nie jest to wielkie kino, Anno ma masę lepszych filmów w swoim dorobku (szczególnie te z serii „Evangelion”, których swoją drogą czwarta część zaliczana jest do tetralogii „Shin Japan Heroes Universe”, w której skład wchodzą wszystkie te wspomniane przeze mnie filmy Anno z „Shin” w tytule), ale ten też mi podszedł. Dziwne to, najpierw akcja pędzi na złamanie karku, wybuchy wyrzucające w powietrze samochody, potem pojawia się gość w stroju konika polnego i robi rozpierduchę, gdzie krew bryzga, a głowy wrogów zmieniają się w papkę, a potem to już gna, ale z przerwami na gadanie, pędzi przed siebie, niczym kino superhero. I gna dość przewidywalnie, schematycznie, ale jednocześnie ze świetnym wyczuciem.
Ten film to akcja, to klimat, ale i nieco emocji. Dobre – o dziwo – aktorstwo – z ciętą od garnka Minami Hamabe na czele (widać Anno ma słabość do tej fryzury, kojarzonej mocno z postacią Rey z jego „Evnageliona”), fajne efekty, sporo wizualnego dobra na styku kiczowatego tokusatsu i dobrego kina akcji i mamy coś, co fajnie wchodzi. Okej, nie każdemu, to jednak trzeba lubić, a ja lubię, no ale ten film jest taki, jaki miał być i jaki być powinien - takie guilty pleasure. Kicz, tandeta, ale kicz i tandeta w dobrym tych terminów znaczeniu. Więc kto lubi, będzie zadowolony, a może i ktoś ponad to się przekona.

Komentarze
Prześlij komentarz