Egmont wydaje Epic
Collection a Mucha to wszystko czasem dopełnia. No i super. Wydany przez Muchę
„Spectacular Spider-Man”, którego akcja dzieje się przed zapowiedzianym przez
Egmont tomem „Rzeź maksymalna” i jest ważna dla ogółu losów postaci, już raz świetnie
to zrobił (po nim zaś „Venom: Zabójczy obrońca”), a teraz robi to jeszcze
„Śmierć Jean DeWolff”, która rozgrywa się w trakcie pierwszego z wydanych w
Polsce Epiców (początek zaraz po opowieści „Life in the Mad Dog Ward” – druga część
tomu zaś niedługo potem, jeszcze przed pojawieniem Venoma). Wypełnianie luk
jednak, wypełnianiem, a co innego jak to wszystko wypada. Ale wypada dobrze,
nawet bardzo. Peter David serwuje nam kawał udanej opowieści, ważnej dla
postaci, ale i po prostu dobrej jako samodzielne dzieło superhero. Wtedy jeszcze
były pomysły na takie historie, wtedy też wiedziano lepiej, jak to robić i
wnikać w postać. I potrafiono pomieszać kryminał, thriller – czasem na granicy
horroru – i lekkie superhero.
Zjadacz Grzechów. Taki przybrał
pseudonim. A teraz, jak na mściciela, jakim sam się okrzyknął, przystało, chce
mścić. Chce zabijać tych, których uważa za grzeszników niewartych chodzenia po
tym, świecie. I zabija. A na początek z jego rąk ginie Jean DeWolff,
przyjaciółka Spider-Mana, policjantka… Pająk rusza w pościg, podczas którego
spotyka Daredevila – a spotkanie to stanie się brzemienne w skutkach dla ich
relacji – i zaczyna się walka z czasem, której skutki będą niosły się echem już
na zawsze…
Ważny to komiks. Może nie
tak ważny (a na pewno nie tak wielki), jak „Śmierć Stacych”, ale… No właśnie,
od śmierci Jean i pojawienia Sin Eatera (okej, nie ta kolejność, ale wiecie…)
zaczyna się cała afera z Eddiem Brockiem i demaskacją jego artykułu, co
prowadzi do tej długoletniej nienawiści do Petera, co będzie potem napędzało
przez dekady Venoma. No ale zanim był Venom, mieliśmy właśnie to wszystko, te nasycone
kryminalnym, thrillerowym klimatem historie, niewolne od akcji, ale i emocji (i puszczania oka do czytelnika, jak wtedy, gdy pojawia się Charles Bronson), stawiające
na bardziej przyziemne rzeczy i kreowanie bohaterów robią wrażenie. Pater
David, jak dla mnie, robi tu lepszą robotę niż w „Hulku”, bardziej to czuje
albo bardziej potrafi oddać i wychodzi mu to świetnie.
No i można by tu pisać o
tym i owym, ale zamiast tego lepiej przeczytać. Tym bardziej, że w końcu mamy
po polsku i w fajnym wydaniu. No i tylko szkoda, że cenowo Mucha się nie
postarała, bo można to było wydać w mniejszym formacie i z miękką okładką
(wolę, bo miejsce na półkach z gumy nie jest, a sztywne to zawsze dodatkowe
milimetry na każdym tomie), ale za to atrakcyjniej cenowo. No i w sumie ten
tytuł nie do końca oddaje zawartość – ja wiem, że „Śmierć Jean DeWolff” fanom
Spidera kojarzy się od razu, ale bardziej pasowałby tu np. „Zjadacz grzechów”,
równie rozpoznawalny zbitek liter, a jednak bardziej oddający treść. No ale
tego się nie czepiam, żeby nie było, po prostu mówię, jak to czuję.
No ale tak czy tak warto.
Takich „Pająków” już się nie robi – także graficznie, a tu klasyczna kreska
świetnie wypada. I takich komiksów nam brakuje – tak, mamy Epici itp., ale
takiej klasyki zawsze mało, tym bardziej, że współczesne opowieści tak bardzo
zawodzą jakościowo. Więc kupujmy, bo może wtedy będziemy mieli ich więcej? mi
by marzył się drugi tom „Spidera” zbierający prace DeMatteisa, bo jeszcze
trochę ich było, wcale nie mało zresztą. Albo tak „Avengers” Boba Harrasa… Na
razie można tylko pomarzyć.




Komentarze
Prześlij komentarz