Amazing Spider-Man. Epic Collection #9: Spider-Man or Spider-Clone? – Gerry Conway, Ross Andru, Stan Lee, Steve Ditko, Archie Goodwin, Gil Kane, Len Wein, Sal Buscema, Bill Mantlo


SPIDER-MANÓW DWÓCH

 

Na tego „Epica” czekałem, jak na mało którego. Bo co tu dużo mówić, tę pierwszą „Clone Sagę”, w Polsce wydaną jedynie w rzucie testowym, to ja uwielbiam całym sobą, więc mieć chciałem. I to jeszcze w takim wydaniu. Dlaczego w tym? Różne są wydania tej opowieści. Jedne obejmują tylko zeszyty od 144 do 150, inne rozszerzają materiał o kilka kolejnych komiksów. A ta bierze to bardziej kompleksowo, serwując nam łącznie dwadzieścia cztery zeszyty Pajęczaka, pokazując nieco co przed i co po (a jeszcze przecież poprzedni tom trochę w to wprowadzał, pokazując pierwsze sugestie o pojawieniu się klona Gwen). I dobre to zeszyty, choć wiadomo, co jest atrakcją tomu. Więc co tu dużo gadać, bierzcie w ciemno, nawet jeśli drugiej, tej znanej z TM-Semic, „Sagi klonów” nie lubicie.

 

W życiu Petera zaczyna się wiele dziać. Wyprawa do Europy, która kończy się walką z bandytami, w celu ratowania J. Jonah Jamesona i Robertsona to jedno, ale prawdzie szaleństwo zacznie się, kiedy ciotka May dostrzeże… Gwen. Czyżby dziewczyna jednak żyła? Peter ostatnio też ją dostrzegł, był tego pewien, ale teraz wszystko się zmienia, a jej powrót staje się początkiem najtrudniejszego wyzwania w dziejach Spider-Mana. Oto bowiem na horyzoncie znów pojawia się Jackal, który chce dokonać zemsty. Do tego Spider-Man zostaje sklonowany i w pewnym momencie nikt już nie wie kto jest kim. Czy z tego starcia Peter wyjdzie obronną ręką? Czy Gwen wróci do życia? A wreszcie kim jest Jackal i dlaczego chce się mścić? A potem wraca jeszcze Doc Ock, zjawia się Kingpin i… I to nadal nie koniec!

 

Kiedy w latach 70. Gerry Conway postanowił uśmiercić Gwen, postać jego zdaniem miałką i nijaką, nie wiedział, że nie tylko wyświadcza największą możliwą dla niej przysługę, zmieniając ją z nijakiej bohaterki w obiekt kultu, ale i wywraca do góry nogami prawidła komiksowe. Udowodnił tym, że najbliżsi bohatera wcale nie są nietykalni, jak dotąd sądzono, a to potem otworzyło drogę do uśmiercenia Supermana w konkurencyjnym DC Comics. To wydarzenie zaś bezpośrednio doprowadziło do tego, że Marvel zaczął masowo uśmiercać i ożywiać postacie, byle tylko wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy od fanów.

 

Zanim to jednak nastąpiło, Conway wywołał burzę wśród czytelników i redaktorów zabiciem Gwen (a udało mu się to tylko dlatego, że kiedy przedstawił pomysł Stanowi Lee, ten się tak spieszył, że dał mu zielone światło, byle już wyjść z biura), a ci w końcu zmusili go by przywrócił Gwen. Autor jednak, chcąc pozostać wierny sobie, zrobił to na swój sposób. Nie miał pojęcia, że za dwie dekady wydawca będzie próbował wycisnąć z tego tematu ile się tylko da, zmieniając go z kury znoszącej złote jajka w kamień u szyi, bo tym stała się druga „Saga klonów”. Druga, czyli ta, którą przez dwa ostatnie lata wydawania „Spider-Mana” po polsku raczyło nas wydawnictwo TM-Semic. Nieważne jednak czy kochacie tę opowieść, czy nienawidzicie, pierwsza „Saga klonów” – jak już zresztą na wstępie pisałem – to kawał wyśmienitego komiksu.

 


Jest tu akcja, ale niezbyt szybka, bo przepełniona dialogami. Jest dużo wydarzeń, ale jednocześnie te skondensowane są najbardziej, jak to możliwe. Jest tu wiele zbędnych scen i momentów, mających przedłużyć akcję tak, by swój finał osiągnęła w 150 zeszycie, ale i tak czyta się to świetnie. Bo Gwen w wykonaniu Conwaya jest dobrą postacią, bohaterowie mają dylematy moralne, a wszelkie infantylne momenty mają swój niezapomniany, oldschoolowy urok, który absolutnie kupuje czytelnika. Owszem, sam finał mógłby być mocniejszy, bardziej zapamiętywany, poruszający, w końcu to jubileusz, ale i tak jest dobrze, a rysunki, klasyczne, czyste, pełne intensywnych barw, naprawdę wpadają w oko. A potem mamy jeszcze więcej dobrego, choć już nie tak znaczącego, bo kolejne potyczki z klasycznymi wrogami, od Shocera zaczynając, na Kingpinie kończąc. Choć warto nadmienić, że debiutuje tu też Human Fly. A i jest jeszcze ślub... Sami zresztą zobaczycie.

 

Wszystko to razem wzięte natomiast, splata się w ważne i intrygujące pajęcze wydarzenie. I jeden z najważniejszych „Epiców”. I można nie lubić tego całego klonowania i kiczu z tym związanego, można nacierpieć Gwen i Jackala, ale jeśli lubi się komiksy Marvela, poznać trzeba – wypada i tyle. Tym bardziej, jeśli uwielbia się „Pająka”, bo te wydarzenia rozbrzmiewają w serii po dziś dzień. No i teraz zostaje nam czekać, że Egmont to w końcu wyda. Bo pewnie wyda. A że w Polsce dotąd mieliśmy tę historię tylko albo w wersji z testowej kolekcji, która się nie przyjęła (za to na rynku wtórnym ceny tomu osiągają absurdalne wyżyny), albo w formie jednego zeszytu w tomie „Superbohaterowie Marvela: Scarlet Spider (Ben Reilly)”, dobrze byłoby nie zwlekać i dać fanom rodzimą edycję.

Komentarze