Czwarty tom „Dead Dead
Demon's Dededede Destruction”. Z sześciu, więc już daleko zaszliśmy i sporo
wiemy. I sporo jeszcze do odkrycia mamy. Ale to wszystko nieważne, bez
znaczenia. Czy Asano odpowie nam na pytania, czy nie, liczy się to, jak snuje
swoją opowieść, a robi to genialnie. I genialnie łączy to, co proste i
przyziemne, z tym co złożone i od ziemi oddalone, jak najbardziej. A wszystko
to na tle wielkiej polityki, która dopełnia obrazu, na jaki składa się cała
masa elementów, sprawiających, że nawet najbardziej dziwaczne wizje (jak statek
kosmiczny w kształcie komputerowej myszki) nie tylko się bronią, ale przede
wszystkim nabierają realizmu, mocy przekonywania i życiowości.
Więc tak – zbliża się.
Zbliża się ta chwila, ten moment, ale nie każdy mówi o tym samym. Ale niektórzy
czują, że coś się wydarzy, pytanie tylko, co.
A na scenie politycznej
już się dzieje i to dużo. Ameryka ma dość tego, co dzieje się w Japonii – ma
dość masowych mordów przybyszów z kosmosu i wykorzystywania nowej broni, a
wszystko właściwie po to, by samemu dorwać się do kosmicznej technologii. Więc
sytuacja staje się coraz bardziej napięta i niebezpieczna, świat, który i tak
nie ma zbyt wiele spokoju, trafia na krawędź kolejnego konfliktu, który może
być katastrofalny w skutkach.
Ale nasi bohaterowie, jak
to nasi bohaterowie… Dziewczyny grają w gry, ich relacje z kosmitą rozwijają
się, uczucia kwitną, a tu jeszcze czeka na nich wypada nad morze. Niby fajnie,
niby super, trochę odpoczynku, trochę radości, ale są tajemnice, które czekają
tylko, by je odkryć i…
To, co w tej serii robi
Asano, jest absolutnie wielkie. Tyle w temacie. Odkąd jako dzieciak oglądałem
pierwsze odcinki „Z archiwum X”, uwielbiam tematykę kosmitów i fantastykę. Jako
miłośnik popkultury, mam za sobą niezliczone dzieła gatunkowe, od wielkich
tworów, po te beznadziejne, od czystej rozrywki, po historie chcące nam coś
przekazać. I niewiele z nich mogło się równać z „Dead Dead Demon's Dededede
Destruction”. Bo ta seria to po prostu wszystko to, co uwielbiam. Kosmici,
wątki obyczajowe, ale takie życiowe, gdzie jest i ponuro i brudno, i ze śmiechem
też jest, świetnie wykreowane postacie… No wszystko super jest.
A ten tom rozwija to jeszcze
mocniej i ciągnie dalej. Świetnie nakreśla te polityczne napięcia, podbudowane
satyrą na współczesność, no bo jak tu w prezydencie USA nie dostrzec Trumpa.
Świetnie też pokazuje emocje, szczególnie miłosne uniesienia, które teraz są
mocniejsze, wyraźniejsze, ale i dramat związany z zabijaniem wszystkich tych
obcych. No a ten tom ma jeszcze wspomniany świetny wątek wakacyjnego wypadu, w
którym pobrzmiewa masa uczuć. I to, co dzieje się dalej, w kolejnej już części,
gdzie pojawia się wątek isobeyanowy i… No to już nie są rzeczy, które chciałbym
zdradzać, ale warto je wspomnieć. W ogóle to, co dzieje się w drugiej połowie
tomu jeszcze podnosi poziom tej części i rozpala oczekiwania na dalej.
A wracając do ogółu, to
po prostu uwielbiam różnorodność z jaką Asano podchodzi do wszystkiego. Bo tak,
spójrzcie tylko, manga jest genialnie rysowana, ten realizm, te detale, ten
klimat… ale obok tego funkcjonuje w szkatułkowej konstrukcji manga w mandze,
czyli wspomniany „Isobeyan”, stylizowany na klasyczne komediowe serie sprzed
paru dekad. No i ten Isobeyan w końcu staje się bardziej istotną częścią
fabuły, ale… No sami zobaczycie. A gdzieś między tym wszystkim, na stronach
dzielących mangę na rozdziały, autor bawi się różnymi stylistykami i
estetykami. Tu realizm, tam abstrakcja, tu coś w klimacie mang stawiających na
sensacyjną akcję i kawaii dziewczyny, tam jeszcze coś innego. I wszystko to doskonale
uchwycone, wyśmienicie splatające się ze sobą, oddane, zachwycające.
No po prostu jak cała ta
manga. Znakomita, od początku trzymająca poziom, satysfakcjonująca i
poruszająca. Dojrzała rzecz dla ambitnych czytelników.
Mangę kupicie tutaj:




Komentarze
Prześlij komentarz