Dragon Ball Super #96: Saiyamen, On the Scene! - Akira Toriyama, Toyotarou

SAIYAMENI NA SCENIE!

 

No i jest kolejny rozdział „Dragon Ball Super, a ten to już konkretne, na pełnej petardzie, wejście w ostatnią fazę tego, co znamy z filmu, stanowiącego podstawę tej części mangowej opowieści. No i fajnie to robi. Nadal lepiej wypada niż to, co oglądaliśmy na kinowym ekranie, grafiki fajnie są dopieszczone, a drobne dodatki fabularne jeszcze bardziej podkręcają przyjemność płynącą z odbioru.

 

Gdy walka trwa, Bulma postanawia, że to dobra pora, by do akcji włączyli się Goten i Trunks. Mają pomóc Piccolo, ale… No właśnie, trochę u nich kłopoty z wyczuciem energii, więc pod znakiem zapytania staje ich akcja.

A tymczasem Piccolo, w nowej formie, pokazuje androidom co dało mu życzenie Shenlonga. Ale walka, która weszła na nowy poziom, staje się wstępem do wyjaśnienia całego zamieszania o buntu sztucznych ludzi. Efekt jest taki, że niedobitki Armii Czerwonej Wstęgi wysyłają do walki Cella w nowej formie. I dopiero wtedy wszystko się zaczyna…

 

No to ostatnia walka tego story arcu właśnie się zaczęła. No i fajnie, widowiskowo i w ogóle. Cell Max w wykonaniu Toyo robi większe wrażenie, niż jego filmowy odpowiednik. Na wielkim ekranie wyglądało to jak nieudana próba skopiowania klimatów i designów rodem z „Evangeliona”, tu ma więcej własnego charakteru.

 


Fajnie, bardzo fajnie, a i fajnie, że mangowo mamy miejsce nie tylko na walenie się po mordach, ale i trochę humoru czy nowych wątków. Że jednak niby pędzi, ale i zatrzymać się przy czymś umie. I że nadal robi to tak, że miło jest człowiekowi i chce więcej. Toriyama wciąż potrafi, choć wiadomo, więcej roboty robi tu Toyotarou, bo podobno ten wiecznie leniwy Tori bardziej asystuje i nadzoruje, niż to wszystko aktywnie pisze, ale i tak widać w tym jego rękę i ma to db-owski charakter, który cenię.

 


Więc czytajcie, bo warto. Niezmiennie od lat, dekad, „Dragon Ball” to jednak coś. I choć tulu nadal go kopiuje i odtwarza, co oryginał to oryginał.

Komentarze