No i jest kolejny rozdział „Dragon
Ball Super, a ten to już konkretne, na pełnej petardzie, wejście w ostatnią fazę tego, co znamy z filmu, stanowiącego podstawę tej części mangowej opowieści. No i fajnie to robi. Nadal lepiej wypada niż to, co oglądaliśmy na
kinowym ekranie, grafiki fajnie są dopieszczone, a drobne dodatki fabularne jeszcze bardziej podkręcają przyjemność płynącą z odbioru.
Gdy walka trwa, Bulma
postanawia, że to dobra pora, by do akcji włączyli się Goten i Trunks. Mają pomóc
Piccolo, ale… No właśnie, trochę u nich kłopoty z wyczuciem energii, więc pod
znakiem zapytania staje ich akcja.
A tymczasem Piccolo, w
nowej formie, pokazuje androidom co dało mu życzenie Shenlonga. Ale walka,
która weszła na nowy poziom, staje się wstępem do wyjaśnienia całego
zamieszania o buntu sztucznych ludzi. Efekt jest taki, że niedobitki Armii
Czerwonej Wstęgi wysyłają do walki Cella w nowej formie. I dopiero wtedy wszystko się zaczyna…
No to ostatnia walka tego
story arcu właśnie się zaczęła. No i fajnie, widowiskowo i w ogóle. Cell Max w
wykonaniu Toyo robi większe wrażenie, niż jego filmowy odpowiednik. Na wielkim
ekranie wyglądało to jak nieudana próba skopiowania klimatów i designów rodem z
„Evangeliona”, tu ma więcej własnego charakteru.
Fajnie, bardzo fajnie, a
i fajnie, że mangowo mamy miejsce nie tylko na walenie się po mordach, ale i
trochę humoru czy nowych wątków. Że jednak niby pędzi, ale i zatrzymać się przy
czymś umie. I że nadal robi to tak, że miło jest człowiekowi i chce więcej.
Toriyama wciąż potrafi, choć wiadomo, więcej roboty robi tu Toyotarou, bo
podobno ten wiecznie leniwy Tori bardziej asystuje i nadzoruje, niż to wszystko
aktywnie pisze, ale i tak widać w tym jego rękę i ma to db-owski charakter,
który cenię.
Więc czytajcie, bo warto.
Niezmiennie od lat, dekad, „Dragon Ball” to jednak coś. I choć tulu nadal go
kopiuje i odtwarza, co oryginał to oryginał.




Komentarze
Prześlij komentarz