Godzilla – Randy Stradley, Kevin Maguaire, Brandon McKinney, Bobby Rubio, Rich Suchy

KRWAWIĄCY OLBRZYM

 

„Godzilla” to legenda japońskiej kinematografii. I jednocześnie jedna z ikon popkultury. Nic dziwnego, że wszędzie jej pełno - tak jak i wariacji na jej temat - i że nawet na rynku amerykańskim pojawiły się komiksy o jej przygodach. I to komiksy o tej japońskiej Gadzinie, nie jej amerykańskiej wersji, trzeba to podkreślić. I jeden z nich, taki oczywiście, utrzymany w klimatach mangi, pojawił się nawet po polsku ćwierć wieku temu. I, o dziwo (choć nie tak do końca, ale o tym dalej), jest to rzecz całkiem udana.

 

Naukowcy z grupy G-Force badają Godzillę, która bez ruchu unosi się na wodzie. Zjawia się profesor Noriko Yoshiwara, nosząca osobistą urazę do potwora i... wstrzykuje jej truciznę, która wydaje się, że zabija bestię. Jakiś czas potem jednak oszalała trawiącą jej ciało trucizną Godzilla atakuje i nic nie jest w stanie jej powstrzymać. Naukowcy decydują się stworzyć kolejną broń, która mogłaby coś pomóc, a tymczasem destrukcyjny marsz Godzilli trwa...

 

Amerykańska komiksowa wersja przygód najsławniejszego z potworów japońskiego kina, ale stawiająca na mangowe klimaty. Tak to w skrócie wygląda. Przynajmniej w tej wersji, bo tak. Dostajemy tu czarnobiały, ponad 120-stronnicowy komiks, stanowiący zbiór kilku początkowych zeszytów serii „Godzilla: King of the Monsters”. No i po części wierne to oryginalnemu wydaniu, i od wierności dlaekie. Bo seria ta najpierw ukazywała się w kolorze i bardzo fajnie wyglądała (klimat rodem z pierwszego spotkania Alienów i Predatorów - zresztą pisał go odpowiedzialny za ich przygody Stradley, co zarówno optymistycznie nastrajało mnie do serii, jak i budziło obawy, bo im dalej w jego twórczość, tym gorzej niestety). Ale wyszła też i w czerni i bieli i taką edycję mamy tutaj. Trochę szkoda.


Tyle kulisów. Treść? Prosta, ale dobrze dobrana do tematu, prezentuje odmienną wersję powstania dinozauropodobnego potwora – choć sama Godzilla wygląda identycznie z tym znanym z oryginalnych filmów – i serwuje nam kilku jego znanych przeciwników ze zmienionymi imionami. Mamy więc i Mechagodziilę (tu występującego jako Cyberzaur) i przypominającego Rodana Bagorah (imię ewidentnie odwołujące się do King Gidhory) i tradycyjną demolkę miast i ludzi walczących z Godzillą. Jednym słowem wszystko to, co cenimy w gatunku kaiju. Właściwie komiks ten śmiało mógłby uchodzić za kolejny film, godnie reprezentujący kultową sagę, bo naprawdę mocno i wiernie tymi ścieżkami podąża. I fajnie.

 


Ale sporo tej przyjemności płynącej z odbioru psuje polskie wydanie. Druk średni jakościowo, na marnym papierze i ze słabym przekładem, gdzie w wypowiedziach myli się płeć bohaterów, plus przedruk kolorowych okładek w czarnobiałej wersji, gdzie gubi się ich klimat i czytelność niestety mocno rzucają się w oczy. Byłem tym zawiedziony jako dzieciak, ćwierć wieku temu i jestem nadal. Choć nadal cieszę się, że ten album wyszedł w naszym kraju - jako jedyny z serii, którą jednak ktoś z wydawców powinien się nad Wisłą zainteresować, bo potencjał jest.


Podsumowując, komiks dobry. Nie jakoś szczególnie, nie ma się co oszukiwać, ale sama filmowa Godzilla, poza pierwszą odsłoną z lat 50. i „Shin Godzillą” wielka (jakością, nie rozmiarem) też nie jest. To pewien schemat i trzeba go lubić, ja lubię, nawet jeśli nie zawsze i chętnie do kolejnych odsłon wracam (a ostatnio robię sobie maraton wszystkich części nawet i fajnie się bawię). Więc polecam. Fanom, wiadomo, no ale to rzecz dla nich przecież i to oni mają być zadowoleni.

Komentarze