Muszę się Wam do czegoś
przyznać. Do czegoś wstydliwego. Czegoś może nawet uwłaczającego ludzkiej
godności. Tak, kupiłem na DVD i obejrzałem „Gulczasa” i „Yyyrka”. Dna jeszcze
nie sięgnąłem, ale… No wstyd, ale co tam, przyznaję się. Tyle prywaty, a same
filmy? Podobno leżącego się nie kopie. No ale zależy kto leży. A tego leżącego
to skopano, potem jeszcze trochę skopano, wypróżniono się na niego, zakopano i
myślano, że zgnił, rozłożył się i nikt – całkiem słusznie zresztą – o nim nie pamięta.
No ale są jeszcze ludzie, którzy mają masochistyczne skłonności i dla samego
przekonania się, biorą się za oglądanie najgorszych z najgorszych. Przynajmniej
ja się wziąłem. Zachęciła mnie średnia ocen rzędu 1.2 i 2.0 (na filmwebie, bo
na IMDB to oceny 1.1 i 1.3) na 10. To oraz opinie mówiące m.in., że od tego
kina krwawią oczy. I może mam pewne granice, takiego „Zenka” na przykład nie
obejrzę, bo mi honor i dobry smak nie pozwalają, ale na takie dno, jak „Gulczas
a jak myślisz” i „Yrrreek: Kosmiczna nominacja” spojrzałem. I fakt, dno, fakt,
słusznie zapomniane. Ale jednocześnie współczesne polskie komedie niewiele się
od tego różnią poziomem, więc… No sami wyciągnijcie wnioski.
Fabuła? Tu mogło być
całkiem całkiem, no bo tak. W „Gulczasie” tytułowy Gulczas, motocyklista, zadarł
z lokalnym gangusem, niejakim Karkówą. Ten Karkówa to zresztą obiekt zainteresowania
pewnej agentki. Tymczasem dzieją się inne rzeczy, bo oto młody pracownik stacji
benzynowej ucieka ze swą ukochaną, a zarazem córką właściciela owej stacji, a
przy okazji trwa kręcenie filmu. To jednak nie wszyscy bohaterowie tego
dramatu, a ich losy przetną się nad jeziorem Łękotka, gdzie grasuje seryjny
morderca i…
No a potem jest jeszcze
drugi film. Kontynuacja. I tutaj pojawiają się kosmici. Pochodzący z – jakże oryginalnie
nazwanej – planety X, mają problem z genami, rozpłodem i tym podobnymi
kwestiami, więc chcą na Ziemi znaleźć reproduktora. Ich wybór pada na
niejakiego Irka, szarego człowieka, Polaka, jakich wielu, a areną nadchodzących
wydarzeń stanie się górski pensjonat. No, ale kosmici to mało – choć akurat
właściciel zechce wykorzystać ich obecność do własnych celów – więc na miejscu
są już gangsterzy, którzy robią swoje szemrane biznesy, a za nimi podążają
służby i…
Pamiętacie jak to było w
2001 roku? To wtedy do polski trafił pierwszy reality show, „Big Brother”,
ludzie oszaleli i spróbowano to wykorzystać. Ja nie oszalałem, w sumie nie
oglądałem „BB” nigdy, coś tam zerknąłem „Baru”, bo akurat przed paroma ciekawymi
filmami na Polsacie leciał, więc odrobinę widziałem, ale nie, nie moja bajka.
Ludzie jednak szaleli, więc postanowiono to wykorzystać. I tak powstał, jeszcze
w 2001 roku film „Gulczas”, a rok później „Yrrreek”. Na tym skończono, ale tu
bym wymienił jeszcze jeden drobiazg, bo w 2003 roku do kin, nadal na fali
popularności tego typu programów, trafił „Show” Maćka Ślesickiego. I to, że ten
obraz też jest już niemal zapomniany, żałuję, bo lubię. Bo fajnie udało się
reżyserowi przeszczepić takie amerykańskie wręcz kino na nasz grunt i zrobić
przyjemną opowieść, gdzie jest akcja, klimat, trochę napięcia, fajny twist, a
do tego jeszcze wszystko to niegłupie i z satyrą. No, ale nie o „Show” miałem
mówić.
Więc tak, te filmy są
złe, bo realizatorstwo leży i kwiczy. Aktorstwo też, nawet bardziej. Mamy parę fajnych ról
pobocznych – Schubert, Rewiński, Pazura, Zelt, Chabior, Talar, nawet sam reżyser fajnie tu wypada – ale niewiele
poza nimi aktorsko jest tu coś do rzecz. Zatrudniono debiutantów z programu, a
ci są jak drewno. Wszystko zaś wygląda jeszcze jak kręcone właściwie bez dubli (choć duble były, w dodatkach to widać),
oby szybciej i to kłuje w oczy koszmarnie. Widać, że nikomu kręcić się tego nie
chciało ani, że nikt o to nie dbał, bo się sprzeda. Pewien potencjał był, nie
mówię, że z tymi postaciami z „BB” wziętymi, bo przecież za scenariusz
„Gulczasa” częściowo odpowiadał Korzyński (ten od „Chłopaki nie płaczą” i
„Poranku kojota”), a film miał budżet rzędu trzech milionów (co w kraju, gdzie
10-20 milinów daje się na blockbustery mało nie jest), ale… No wyszło, jak
wyszło.
A „Yyyyreek” jest pod tym
względem jeszcze gorszy. Właściwie wygląda tak, jakby wziąć epizod „Świata
według Kiepskich”, rozciągnąć go, dopełnić dodatkowymi wątkami i… No i w
„Kiepskich” byłoby to zabawnie (przynajmniej tych starych), byłoby z satyrą i
pomysłem, a tu jest coś, co ciężko nawet nazwać odcinaniem kuponików od
popularności show, bo to za słabe słowo. Z tym, że – taka refleksja po latach –
mimo wszystko znam gorsze polskie filmy. Znam dużo tragicznych, kręconych w ostatnich
latach filmów, także komedii – ot takie nowe części serii „Kogel Mogel”
fabularnie stały na jeszcze niższym poziomie, bo jednak te bigbrotherowe
fabuły, choć denne, mają jakieś momenty (choćby z Rewińskim czy reżyserem i "synkiem" na sankach). Nieliczne, ale
jednak. A tam nic.
A potem. No nie ciągnięto
tego dalej. Gulczas ani inni kariery filmowej nie zrobili (choć on zagrał
jeszcze w „Trzymajmy się planu” i napisał książkę), książkowa wersja „Gulczasa”
też wyszła, a teraz nikt już o tym nie pamięta. Nikt tego nie emituje. Nikt nie przypomina.
Więc… Nie, nie polecam.
Nie zachęcam. Ale nie zniechęcam, bo w sumie najgorsze filmy po coś się ogląda
i oglądać czasem chce. Ja zaliczyłem, odhaczyłem i trochę skopałem leżącego i
jego truchło, jednak chętnie skopałbym jeszcze parę polskich „dzieł” i to dużo
mocniej, bo zasługują na to o wiele bardziej. Niestety. Taka jest smutna prawda o rodzimej kinematografii.




Komentarze
Prześlij komentarz