Nadeszła pora wielkiego
pożegnania. Z jednej strony żegnamy się ze Strażnikami Galaktyki, bo to już
ostatni film o nich, z drugiej z jego twórcą, bo ten odchodzi do konkurencyjnego
DC, by tam być architektem kinowego uniwersum (a raczej tą brzytwą, której
tonące DCEU ma się chwycić). No i jak na finał przystało, mocno jest. emocjonalnie.
Widowiskowo. I zapadająco w pamięć także. no postarali się autorzy, zachowali
poziom, dorzucili coś jeszcze i wyszło naprawdę świetne kino – ot jednej z
najlepszych filmów Kinowego Uniwersum Marvela od dobrych kilku lat.
Strażnicy znów mają
kłopoty. Zaatakowani przez Adama Warlocka z Suwerennych, trafiają w sam środek
kłopotów, które mogą skończyć się dla nich tragicznie. A szczególnie dla
poważnie rannego Rocketa, dla którego ratunek może być niemal nieosiągalny. Czy
w tej sytuacji nasza ekipa sobie poradzi? I czy wszyscy wyjdą z tego, co ich
czeka, żywi?
Zacznę od jednego,
drobnego, ale jednak drażniącego mnie minusa całej produkcji – postaci Adama
Warlocka. W komiksach to naprawdę fajny, potężny gość, stricte poważny, robiący
wrażenie. Tu… No ja uwielbiam wcielającego się w niego Poultera, chłopak umie i
potrafi, lubię też, jak MCU zmienia postacie, bo zazwyczaj wychodzi im to na
dobre (zobaczcie Thora chociażby), ale tym razem coś poszło nie tak. Poulter
grać nie ma co, sama postać jest zaś skrojona jakoś tak niepoważnie, bez
charakteru i jakby bez pomysłu. Czuje się, że to taki wklejony trochę na siłę
charakter, o którego obecności na ekranie dość szybko się zapomina. Ja
zapominałem.
Ale cała reszta bardzo
dobra jest i tyle. Oparta w dużej mierze na komiksowym runie Donny’ego Catesa
(acz sięga też do klasyki, czyli historii pisanych przez Billa Mantlo a
rysowanych przez Mike’a Mignolę), fabularnie wypada bardzo przyjemnie. Okej,
czasem może chce na siłę wycisnąć łzy, ale i tak emocji nam nie żałuje. I to
takich szczerych. Cieszy to, tak samo jak fakt, że to na tych, a nie na
przykład na o wiele słabszym, acz popularnym runie Ewinga, rzecz została
oparta. A jeszcze bardziej cieszy to wizualnie.
No bo jest na co
popatrzeć. Może i w ostatnich latach Marvel ma spore problemy z efektami
specjalnymi, ale to, co serwuje nam tutaj wypada bardzo dobrze. Kosmos, walki,
pościgi, całe to zaplecze laserowych strzałów, błysków i w ogóle, wypada
znakomicie. A szybkie tempo akcji, humor, emocje, wszystko to dobrze się
wpasowuje i łączy. O aktorstwie na poziomie też nie można zapomnieć. Może i
aktorzy to nie jakaś czołówka mistrzów gry, ale doskonale dobrani zostali do
swoich ról i w nich przekonują. I o to właśnie chodziło.
Więc chociaż Marvel od
kilku lat ma zjazd formy i coraz gorsze filmy, nie wahajcie się i „Strażników
Galaktyki” poznajcie koniecznie. Świetny film, piękne pożegnanie z serią i… A
nie patrzcie na drobne minusy, o których wspominałem. Po co. Cieszcie się
rozrywką, bo jest czym.
Recenzja opublikowana na
portalu Kostnica.


Komentarze
Prześlij komentarz