Masterton rozwija swoje
własne „Z archiwum X”. Bo tym przecież jest ta jego seria o Patel i Pardoe,
londyńskich detektywach, którym trafiają się sprawy nie z tej ziemi. I ja wiem,
że to rzecz nie dla każdego, ja wiem, że czasem absurdalne to wszystko i bywa,
że jest się z czego (mniej lub bardziej zamierzenie) pośmiać, ale ja to
uwielbiam. Dlaczego? Bo kocham przygody Muldera i Scully, a właśnie to nimi
bawi się tu autor „Głodu” i „Drapieżców”. I robi to po swojemu, z równie
wielkim wdziękiem, co i brutalnością.
W Londynie znów się
dzieje. Tym razem w Lavender Hill dochodzi od serii napadów i morderstw.
Wszystko w krótkim czasie, wszystko szybko, mocno i brutalnie. A co
dziwniejsze, podobno przestępcy byli… częściowo niewidzialni. Każdy nieco
inaczej, każdemu brakowało widoczności innego fragmentu ciała, ale była to
cecha wspólna. Więc do wyjaśnienia sprawy zaprzęgnięci zostają specjaliści od
takich rzeczy – Patel i Pardoe i… Właśnie, czy to naprawdę coś nadprzyrodzonego
dzieje się w mieście? A może sprawa okaże się o wiele bardziej złożona? Jedno jest
pewne, wróg, który na nich czeka, łatwo się nie podda…
„Z archiwum X” nie da się
chyba nie lubić. Ja wiem, że nie było pierwsze, bo gdyby nie „Strefa Mroku”, a
potem „Kolchak: The Night Stalker” (a i przecież pamiętajmy, że „Miasteczko
Twin Peaks” otworzyło furtkę dla seriali opowiadających jedną złożoną fabułę),
Muldera i Scully też by nie było. I ja wiem, że inni potrafili zrobić to równie
dobrze, a nawet lepiej (no „Strefę” uwielbiam całym sobą), ale to „Archiwum”
najbardziej wypromowało takie produkcje, zmieniło telewizję i mocno odbiło się
na społeczeństwie. No i wiele powstało opowieści a to cykl dopełniających, a to
na nim żerujących… Ale niewiele w tym dobrego było. W sumie najlepiej wypadały
takie historie, jak policyjno-horrorowe książki Stephena Kinga, doskonała seria
komiksowa „Departament prawdy” no i wreszcie niniejszy cykl Mastertona.
A Masterton, jak to
Masterton, wiadomo, specyficzny jest. Miewa dziwne pomysły – dziwne, ale
intrygujące – i rozwija je, czasem w osobliwy sposób, balansując na granicy
grozy i absurdu, czasem nie do końca przekonujący, ale i tak dobrze mu to
wychodzi. Bo kto, jak kto, ale on pisać potrafi, ma coś takiego plastycznego i
przemawiającego do czytelnika w sobie, że to naprawdę dobrze wchodzi. I buduje
fajny nastrój. I co z tego, że autor kroi swoje postacie dość prosto i że
czasem szyje grubymi nićmi fabułę, kiedy wychodzi mu to nadal na poziomie.
I to wszystko, co
napisałem, odnosi się zarówno do całego cyklu, jak i tego konkretnego tomu. No
bo „Wybryk natury” poziom, do jakiego przywykliśmy trzyma i oferuje rozrywkę,
która nie zawodzi. Doceniam nie tylko to, jakie pomysły ma Masterton, ale też i
to, że z wiekiem nie stracił tej pisarskiej umiejętności, którą pokochałem w
jego starych książkach. W skrócie: dobra rzecz, momentami bardzo dobra. I
gwarant, że każdy fan autora zawiedziony bynajmniej nie będzie.
Recenzja opublikowana na portalu Kostnica.

Komentarze
Prześlij komentarz