Avengers: Saga o Korvacu – Len Wein, Roger Stern, Jim Shooter, George Pérez, David Michelinie, Bill Mantlo, Mark Gruenwald, Sal Buscema, David Wenzel, Tom Morgan
No takie ramotki to ja już w ogóle lubię. „Saga o
Korvacu” to nie tylko jeden z najbardziej pamiętnych avengersowych momentów,
ale też i naprawdę kawał świetnej, wyprzedzającej swoje czasy (to były lata
1977-1978) opowieści, która do dziś robi spore wrażenie. Szczególnie świetnie
nakreślonym złolem, który złolem wcale tak do końca nie jest i całą akcją, do
dziś mogącą stanowić wzór, jak opowiadać dobre historie o grupie Mścicieli.
Avengers mierzą się z wielkim zagrożeniem, nawet nieświadomi, co się właściwie dzieje. Korvac, kosmiczny byt połączony z komputerem, gość władający niemal boską mocą, powrócił i planuje coś zza kulis, pojawia się tajemnicza kobieta, wraca narzeczona Ultrona, a kolejni członkowie Avnegers znikają w tajemniczych okolicznościach. Katastrofy dopełniają kłopoty z rządem, a wszystko to zaledwie wprowadzenie do walki, której Mściciele wygrać nie mogą...
Korvac nie należy do szczególnie popularnych postaci.
Kang powraca co i rusz, co i rusz mamy Ultrona czy Thanosa, a taki Korvac?
Fandom wylicza, że Kang w komiksach pojawiał się grubo ponad dwieście
razy, Ultron prawie dwieście, Thanos dobija do czterystu – a mowa tylko o
głównych wersjach postaci z naszej Ziemi. A Korvac? Korvac był w historiach
niespełna pięćdziesiąt razy. A jednak zyskał on swoją pozycję, stał się swoista
legendą i ogólnie jeśli wspomina się to wszystko w jak najbardziej pozytywny
sposób.
I słusznie. Kawał świetnej roboty odwalili tu
twórcy, a ekipa to była konkretna. Bo tak, za pióro chwycili tacy scenarzyści, jak Len
Wein, Roger Stern, Jim Shooter, David Michelinie, Bill Mantlo, Mark Gruenwald,
a to goście, co naprawdę wiedzą co robią. I jak to robić. No i dokładnie to
tutaj widać. Ten komiks to kolejny tom „Avengers” z czasów sprzed istnienia
eventów, który ma mocno eventowe zacięcie. Masa bohaterów, dużo wydarzeń i
bardzo treściwy scenariusz gwarantują, że dzieje się tu dużo, konkretnie,
widowiskowo, ale nie tylko. I to „nie tylko” cieszy najbardziej, bo twórcy
mocno wnikają w postać, motywację, psychikę… I dobrze to robią, szczególnie jak na tamte lata.
„Saga o Korvacu” to zatem nie tylko starcie z
kolejnym potężnym – jednym z najpotężniejszych w ich historii – wrogiem, ale
też i opowieść o tym, co się może stać z człowiekiem, który dostał niemal boską
moc. Opowieść o tym, jak Avengers przegrywają, bo nie zawsze wygrywać można i
tym, co znaczy prawdziwa potęga. Hasło im większa władza, tym bardziej
deprawuje to już frazes wytarty tak, że nie ma sensu go powtarzać, ale
tutaj pasuje wprost idealnie i doskonale obrazuje to, z czym mamy do czynienia.
I okej, może wciąż jest tu sporo naiwności i sporo
zbędnego czasem gadania, ale nie zmienia to faktu, że to kawał wyśmienitego,
niegłupiego i świeżego – nie tylko jak na tamte czasy – komiksu. Coś, co można
postawić obok takiego „Demona w butelce” czy „Sagi Mrocznej Phoenix”, choć korekta w tym tomie jakoś się posypała, szczególnie w pierwszej jego połowie. Jest na
co popatrzeć, fajnie pogłębione są tu postacie, ich słabości i co tu dużo
gadać, chciałby zobaczyć tę opowieść na wielkim ekranie. I w sumie chciałbym
też poczytać po polsku inne historie z Korvaciem, bo ten pojawiał się czasem w Marvelu,
ostatnio w szóstym volume’ie „Iron Mana” w zeszłym roku, gdzie… No ale co Wam
będę zdradzał.




Komentarze
Prześlij komentarz