Więc tak – wydawanie
serii „Cześć, Michael!” dobiegło końca. A przynajmniej tak się wydawało, bo po
dwóch zbiorczych, gigantycznych rozmiarami tomach tak to wyglądało. No, ale są
jeszcze dodatkowe epizody stworzone po latach. I to na dodatek w kolorze. No i
właśnie te epizody mamy tutaj, zebrane w kolejnym (tym razem już naprawdę ostatnim,
no chyba, że autor znów da się namówić) tomie, który swoją drogą czytać można
absolutnie w oderwaniu od całej reszty serii.
Michael, rude kocisko,
powraca! I znów szaleje, znów psoci i… No właśnie, co jeszcze?
To było tak. W roku 1984
Makoto Kobayashi zaczął pracę nad tym, co miało stać się jego opus magnum,
czyli „Cześć, Michael!”. Seria ukazywała się do roku 1989, wyszło osiem tomów
(z czego w Polsce zrobiono swego czasu dziewięć, bo z wcześniejszych wycięto co
bardziej fizjologiczne rozdziały i potem połączono je w dodatkowy tomik – a
ostatnio wszystko to wyszło w dwóch solidnych tomiszczach) i na tym był koniec.
Ale na autora każdy naciskał, więc ten w końcu uległ (choć wspomina, że to nie
były jedyne powody) i stworzył jeszcze jeden tomik – po czternastu latach
przerwy. A ten ukazał się w kolorze. I tak też wychodzi po polsku i…
No można by się obawiać,
że po tak długim czasie autor wypadł z tematu, stracił wyczucie i w ogóle, ale
nie. jest tak samo dobrze, jak i było. Nadal to ten samy stary, dobry Michael,
co zawsze. Japoński Garfield (acz porównuje się go też do Heatchcliffa i Kota
Krejzola), który jednak nie jedzeniem tylko żyje. Zresztą od Garfielda różni go
bycie bardziej kocim, takim bliskim życia, acz wcale nie mniej absurdalnym,
kiedy wymaga tego sytuacja. Z tym, że częściej to otoczenie absurdem nas
atakuje, niż sam kot – choć jego tańczenie i antropomorficzne transformacje (choć nie ma ich w tym tomie) to
w sumie też solidna tego dawka. Ale ile w tym uroku, ile satyry i ile
dojrzałości. Rzecz zresztą dla dzieci nie jest, o czym warto pamiętać.
No i trzeba pamiętać, że
super to to jest ilustrowane. Uwielbiam styl Kobayashiego, tę konkretną dozę
realizmu, sporą gęstość na stronach i w kadrach i jeszcze to, jak dba o klimat
i o detale. A skoro o dbałości mowa, to Waneko znów się postarało i znów
zadbało o świetne wydanie – spójrzcie tylko na okładkę, gdzie obwoluta ma
wycięte koła, przez które widać grafiki na okładce, fajnie wzbogacające całość.
Niby drobiazg przecież, a robi robotę.
No to co tu dużo mówić,
polecam. Bardzo, bardzo gorąco. Świetna seria, świetny tom – czytać można
niezależnie – i świetny powrót po latach. Super, że wydawca zdecydował się
wznowić całość i dopełnić w końcu wydania „Michaela”.
Dziękuję wydawnictwu
Waneko za możliwość przeczytania tomiku.


Komentarze
Prześlij komentarz