Dragon Ball: Xenoverse (Bundle Edition) PC

TROCHĘ BICIA PO MORDACH

 

Jakoś tak nigdy za grami opartymi na mangach i anime nie przepadałem. Bo jest z nimi tak, że poziom wykonania zbyt wysoki nie jest, a jeśli grało się w jedną, jakby grało we wszystkie. No, ale fanem „Dragon Balla” jestem, więc w końcu chciałem w coś sobie pograć. I nie za dużo na to wydać, bo i po co. Lata minęły, jak w mordobicia 2D grywało się tu i tam, za to za mało minęło, by cena „Kakarot” zeszła na tyle, żeby gra była jej warta, więc skusiłem się na „Xenoverse”. Tanio było, wyglądało to spoko, jak na taką produkcję. No i? No i całkiem fajnie się w to grało. Wiem, to tylko podnoszenie statystyk i walenie się, ale przyjemnie osadzone w realiach serii. Nie za ładne to to, ale mogło być gorzej. Czasem wkurzające. W ostatecznym rozrachunku jednak bardzo przyjemne, odprężające, oferujące sporo możliwości i warte ogrania, bo jednak sporo godzin można nad tym spędzić.

 

Fabuła (tak, takowa tu jest) jest prosta. Oto mamy Patrol Czasu, organizację, w której dział Trunks, a która działa, by nikt linii czasowej nie zmieniał. Ale ktoś zmienia, ktoś ingeruje w wydarzenia z „Dragon Ball Z” i… I tu na scenę wkraczamy my: rekrut Patrolu, który ma się sprawdzić, ale też i wesprzeć herosów w walce z nowymi wrogami, prostując jednocześnie tory historii. Tylko czy ma szanse?

 

No i to właściwie mówi wszystko. Gracz jest tym rekrutem, słabym, ale szkolącym się i wzmacniającym. I działa. Fajne jest to, jak wiele mamy możliwości w kreowaniu i personalizowaniu tej postaci, płeć, rasa, wygląd, wszystko tu można sobie dostosować, choć z czasem traci to trochę na znaczeniu, kiedy jednak oblekamy się w konkretne stroje czy zbroje, by wzmocnić postać, a na tych personalizować właściwie nie ma co ani jak. Fryz też z czasem straci na znaczeniu, bo np. lepiej opłaca się nosić jakąś wzmocnioną perukę. Ale wygląd postaci pozostaje.

 

A reszta? No to mamy jakiś kawałek fabuły, potem mordobicie, bo wroga pokonać trzeba, potem fabuła. No i zbieramy punkty, poziom nam rośnie, fabuła się posuwa do przodu i… Jak nam nie idzie, bo poziom za mały, to mamy zadania poboczne, mamy walki na arenie – wszystko i online, i offline – i tak się wzmacniamy. Wzmacniają nas też zadania od bohaterów spotkanych w mieście. A i zarabiamy. Możemy więc kupować wszelkie dodatki – albo znajdować je w terenie przy okazji wszystkich tych myśli – i jakoś to leci. I całkiem fajnie leci, jeśli lubicie się bić po mordach. Mi podeszło na tyle, że kupiłem sobie jeszcze DLC, bo przecież tam wątki i postacie z „GT” i z „Odrodzenia „F””, a ja akurat „GT” lubię, mimo wtórności.

 


Ale minusów jest tu sporo. Sterowanie mogłoby być lepsze, grafika też, ale bardziej drażnią wszystkie te problemy z ukierunkowaniem postaci, czasem mimo właściwego combo, bohater wali nam czymś zupełnie innym, do tego są głupie zadania pokroju tych, gdy w ciele Ginyu musimy pokonać określoną ilość wrogów. Męczy to, ciągle się przegrywa, a wzmacnianie się nie ma sensu, bo nie używamy swojej postaci, więc trzeba kombinować – inaczej fabuła do przodu nie ruszy.

 

A i tak fajnie się w to grało. Przyjemnie. To jedna z takich gierek, których właściwie nie chce się odinstalowywać, bo dużo miejsca nie zajmują, a zawsze można sobie niezobowiązująco wskoczyć na ring i obić gęby czy to solo, czy w ekipie. Czyli całkiem udane wejście „DB” w świat trójwymiarowych gierek.

Komentarze