„GTA V” świętowało niedawno swoje dziesięciolecie i
wszyscy wzięli się wspominać, wzdychać i w ogóle. No i słusznie, bo świetna to
gra – a że ja dopiero parę miesięcy temu ją ograłem, to i dorzuciłem jakiś czas
temu swoje trzy grosze do tych opinii. A teraz wzięło mnie i ograłem „GTA IV”,
poprzednią, nieco (acz niesłusznie) zapomnianą już odsłonę serii i… I jest
znakomicie. Wiadomo, nie „Piątka” to i nie robi aż takiego wrażenia. Do tego ma
parę rzeczy, które chętnie bym zmienił (a szczególnie sposób save’owania), ale
grało się w to wyśmienicie, a przy okazji jest tu parę rzeczy, których w „GTA V”
zwyczajnie zabrakło, a które bardzo umiliły mi rozrywkę.
Fabuła? Jedna z najlepszych w serii – a niektórzy
mówią nawet, że w dziejach gier wideo – w sumie prosta jest. Jak kino
gangsterskie. Oto Niko Bellic, emigrant z Europy Wschodniej, przybywa do
Liberty City, skuszony wizjami z listów kuzyna. Ale rzeczywistość, jak wiadomo,
okazuje się daleka od tego, jaka być miała, a na dodatek kuzyn wmieszał się w
niemałe kłopoty. I tak Niko wchodzi w świat lokalnej przestępczości, wspinając
się powoli po szczeblach gangsterskiej kariery, aż…
„GTA” to już nie gry, a prawdziwy fenomen. Popatrzcie
tylko w sieci – każda gra, a te nowsze, pełne easter eggów w szczególności,
staje się źródłem całej masy miejskich legend, jakie wokół niej narastają. Jedni
twierdzą, że widzieli w grze UFO, inni natrafiają na ducha, jeszcze inni
znajdują jakieś nawiedzone miejsca… Masa tego jest, część się potwierdza, część
się obala, reszta jest materiałem do badań i eksploracji, które trwają często
latami. Znacie inne gry, które tak rozpalałyby wyobraźnię? Które tak mocno
przenikałby się z życiem i wpływały na odbiorców? I w „GTA IV” też trochę tego
jest, choć wiadomo, to nie jej następczyni, w której twórcy już na pełnej
petardzie weszli w takie klimaty i pozwalali nam znaleźć kosmitów, ich statki,
fragmenty ich technologii czy dziwne stworzenia. Tu jest bardziej
realistycznie, bardziej ponuro, choć nie twierdzę, że bez humoru i powiem, że
mi takie pełne szarości podejście pasuje.
Bo ta gra jest szara. Liberty City, wzorowane na
Nowym Jorku, to miasto, które może i ma dzielnice pełne neonów, ma parki,
bloki, mosty, port, ma wyspę ze statuą i masę innych rzeczy, ale przede
wszystkim jest szare. Nudne? Bynajmniej. Zresztą rytm dobowy, wschody i zachody
słońca, a także zmiany pogody sprawiają, że ciągle wygląda to wszystko inaczej.
Czasem ponure i pochmurne, z dzielnicami, gdzie niskie domki i krzywe słupy
wyglądają jak z horrorów, czasem zalane pomarańczowym blaskiem, to znów niemal
zupełnie czarne deszczową nocą (serio, są momenty, gdzie wszystko jest smoliste
i gęste wręcz). I za każdym razem świetnie to wygląda. twórcy dbają o detale,
kiedy pada, ludzie szukają schronienia (tego w „piątce” mi potem brakowało), a
drogi stają się śliskie. Kiedy jest mgła świat, a światła w szczególności, rozmazują
się na naszych oczach. No i mimo upływu piętnastu lat nadal dobrze to wygląda. Nie
mówię, że się nie zestarzało, ale nadal jest naprawdę dobre, realistycznie, przekonująco.
I imponuje wielkością – jak na dwadzieścia giga wagi olbrzymie jest to wszystko
i dopieszczone.
O tym dopieszczeniu to w ogóle można by pisać i
pisać. No bo tak, zobaczcie, tu nawet NPC-e wyglądają bardzo różnie. Nie ma co
chwilę tych samych postaci, inne twarze, sylwetki, stroje. Miasto też jest
rozległe, mamy tunele metra, mamy miejsca do wspięcia się i trochę budynków,
które można odwiedzić. I choć tego odwiedzania jest za mało, mamy co robić. Fajnie
wypada też tryb pijanego, od którego aż kręci się w głowie. A skoro o piciu
mowa, to dobrze, acz trochę ubogo wypadają aktywności poboczne. Bo mamy picie,
bilard, rzutki, kręgle, mamy możliwość zjeść burgera, hot doga czy kurczaka (a
gdzie pizza?!), ale trochę tego mało. Najlepiej wypada randkowanie z kobietami,
powiem, że pierwsze kilka godzin to na tym mocno się skupiłem: wybór właściwego
stroju, miejsc i w ogóle i chciałoby się takich aktywności więcej.
No i gra się w to świetnie, choć samo to, jak
bohater się porusza (chodzi za wolno, biega za szybko) można by podkręcić. Ale świetna
jest fizyka jazdy (potem to uproszczono niestety, choć w przypadku jazdy
motorami wyszło to serii in plus), wypadków czy wybuchów, strzela się
znakomicie, a misji jest masa, są różnorodne, na niektóre trafić można
przypadkiem (jak na tą z mordercą, tylko w konkretnym miejscu w nocnych
godzinach) i wykonuje je się dość szybko. Minus tego wszystkiego jest taki, że
gdy się nie uda, trzeba od nowa, od ostatniego punktu zapisu. A ten punkt to
tak, że nawet jak gra sama gdzieś się zapisze i tak po wczytaniu zaczynamy w
którejś z kryjówek bohatera. I niby tych kryjówek z czasem przybywa, niby można
też podskoczyć gdzieś taksówką – także tą od kuzyna, darmowo – ale uciążliwe to
bywa, bo czasem trasa jest spora, a szybki środek transportu nie zawsze
dostępny.
Nie zmienia to faktu, że jest super. Że nastrojowo,
klimatycznie i że po prostu często chce się od tak pojeździć po planszy. Bo czemu
nie. Pośmiać też jest się z czego, choćby z tych zawodowych tekstów obrażających
nas sprzedawców fastfoodów. A i do posłuchania mamy całą masę piosenek, bo
stacje radiowe pełne są różnej muzyki i każdy znajdzie coś dla siebie. Ja
znalazłem – rockową stację, gdzie za DJ-a robi Iggy Pop i hardcore’ową
rozgłośnię z metalem, ale łagodne brzmienia, rap czy klasyka też tu są. A co do słuchania to w świecie europejskich imigrantów da się usłyszeć sporo znajomego - ot choćby po polsku mówią niektórzy.
No? I świetna gra. Może optymalizacja trochę
zwalona, ale na współczesnym nawet słabym sprzęcie ciągnie to bardzo dobrze. Bugi
są. Do ideału trochę brak, choćby nurkowania czy większej ilości maszyn latających,
ale jest super. Ot kilkadziesiąt godzin dobrej zabawy, a przecież są jeszcze
fajne dodatki starczające na długo. A że można to kupić w sumie za ok 25 zł, jak
trafi się promocja (mi trafiła), to tym bardziej warto.




Komentarze
Prześlij komentarz