Może i Holly to jedna z ciekawszych kobiecych bohaterek, jakie wykreował King, i wyróżnia się na tle innych jego postaci, ale jednocześnie od naprawdę dobrej, psychologicznie frapującej bohaterki dzieli ją prawdziwa przepaść. No i między innymi dlatego jakoś nigdy nie dałem rady jej do końca polubić. Zwłaszcza, że to taka kreacja, która nieodmiennie kojarzy mi się z inną bohaterką – i to nie z jego twórczości – a poza tym historie o niej to średnio moja bajka. Bo ja kryminałów / thrillerów nie trawię i unikam, przede wszystkim przez to, że to wciąż takie same historie, do tego, jak większość popularnych książek, pisane na takim poziomie, że szkoda na nie oczu. No a opowieści o Holly dzielą z nimi większość z tych cech. I czy Król dorzuca do tego fantastykę, czy nie, z każdą kolejną historią o niej jest gorzej. Wymęczył mnie najpierw „Outsider” w drugiej jego połowie, potem przewidywalna nowela w „Jest krew…” no ale ta najnowsza powieść to dopiero dno. Nadal całkiem znośnie się to wszystko czytało, ale i tak stylistycznie rzecz jest prosta, by nie rzec prostacka, a fabularnie wypada jeszcze gorzej. Bo raz, że to kryminał, który nie jest kryminałem, bo wszystko jest tu oczywiste od pierwszej strony. Dwa, że to niby thriller, ale thriller powinien wywoływać dreszcze, a ten wywołuje co najwyżej ziewanie. Po trzecie, co najważniejsze i najgorsze, nie sprawdza się to ani jako książka rozrywkowa, bo poziom zabawy, jaką oferuje przypomina stanie w kolejce w sklepie i modlenie się, by już się to skończyło, ani jako rzecz z przesłaniem, bo... No to przesłanie to w ogóle żenada. Bo to, co chce przekazać nam King, przekazuje tak łopatologicznie, tak bez większego sensu, w tak żałośnie niski i infantylny sposób, że ta powieść przyprawia o zgrzytanie zębami i poczucie zażenowania, że czytało się coś tak intelektualnie niedojrzałego.
W życiu Holly znów się posypało. Kraj opanowała pandemia covidu, jej matka zmarła, a ona najchętniej nie brałaby żadnego nowego zlecenia, ale coś w prośbie jej
nowej klientki każe jej wyruszyć w drogę i poszukać jej zaginionej córki. Ale nie
wie jeszcze, z czym przyjdzie jej się zmierzyć, chociaż już wkrótce wpada na trop innych zaginionych w tajemniczych okolicznościach w tej okolicy. Ani tym bardziej nie wie, jakie sekrety skrywa para
pewnych staruszków…
Chciałbym powiedzieć, że to najgorsza książka Kinga od czasu „Billy'ego Summersa”, ale to byłoby wielkie niedopowiedzenie. Bo o ile tamto dzieło, poza brakiem logiki, cierpiało głównie przez ocierającą się o plagiat inspirację, jaką był „Leon Zawodowiec” (obie opowieści były bliźniaczo podobne: płatny morderca, który z zawodem chce skończyć, bierze pod swoje skrzydła pokrzywdzoną przez los dziewczynę, z tym, że King zrobił tę swoją o wiele toporniej i bez finezji filmu Bessona), o tyle „Holly” to po prostu festiwal żenady. I dzieło najgorsze od czasu chyba tej żałosnej papki, jaką była „Bezsenność”. Tu nie ma jednej konkretnej podstawy, z jakiej czerpał autor – po prostu gatunek ten jest tak wtórny, tak zamknięty w odtwarzanych niemal jeden do jednego schematach i tak bardzo zjada swój ogon, że niewielu autorów wciąż potrafi jeszcze coś z niego wykrzesać, a King do nich nie należy, bo i nigdy nie miał dostatecznych umiejętności. Więc odtwarza, powtarza, coś tam dorzuca, bo to Król Horroru w końcu, ale on już takie rzeczy wrzucał, więc nic w tym ciekawego. Poza tym ta Holly to dla mnie zawsze taka wypisz-wymaluj Chloe z „24 godzin” – zamknięta w sobie, nielubiąca ludzi, upośledzona społecznie kobieta, która jednak w tym, co robi, świetnie sobie radzi i w końcu wysuwa się na prowadzenie. Z tym, że w serialu to była naprawdę dobrze zrobiona bohaterka, ze świetnie dobraną aktorką. Tu... No nie trzyma się to kupy, Holly mnie nie przekonuje i przy okazji naprawdę daleko jej do kreacji, która mogłaby naprawdę wybić się w literaturze czy nawet popkulturze. A co więcej w tej swojej prozie od kilku długich lat Stephen jest politycznie koszmarnie naiwny, że jego wtręty na tym polu po prostu są poniżej jakiegokolwiek poziomu. A tu nie dość, że intelektualnie elementy te nie tylko dotarły do dna, ale jeszcze zaczęły w nim kopać, to jeszcze jest ich tak dużo, że chce się ciepnąć książką w kąt. I tu nie chodzi o to, czy ktoś te poglądy podziela, czy nie, a to, jak wszystko infantylne, niedojrzałe, źle wykonane i puste jest to wszystko, aż zniechęca do rzeczy, z którymi się z nim zgadzam.
Co tu razi? Przede wszystkim wszędobylski covid –
nie tyle jako choroba, ile nośnik przekonań. I to podany tak, że… No co tu dużo
mówić, King tak usilnie wciska temat szczepień etc., że nawet chyba najbardziej
zagorzali zwolennicy szczepień covidowych mogą zmienić zdanie. Temat ważki,
ważny, ale rzucany w tak propagandowy i tępy sposób aż odrzuca i zniesmacza. Tak samo
polityka, krytyka Trumpa, a co za tym idzie ludzi, którzy mają odmienne niż
King poglądy… Wszystko to można by przeżyć, gdyby nie było tak grubo ciosane,
tak sztampowe i kiczowate. Kiedyś King potrafił wznieść się ponad populistyczne
poglądy i polityczną poprawność, zło i dobro dostrzec potrafił w każdym, fajnie
operował szarą strefą moralności i wszystko było dzięki temu żywe, przekonujące
i mające w sobie coś więcej. Teraz wszystko jest dla niego tak czarno-białe, że
aż razi. Kto myśli samodzielnie i oczekuje od książek jakichś ambicji i głębi,
tym infantylizmem poglądów, tą ubogością intelektualną i łopatologiczną tandetą
z iście propagandowym zacięciem będzie zmęczony, znużony i zniechęcony. I, znów to powtórzę, wcale
nie chodzi o to, czy podziela poglądy Kinga (a w tych też często widać brak jakiejkolwiek logiki, brak pochylenia się, zastanowienia i przemyślenia), czy nie, a o prosty fakt, że
pisarz stara się nam na siłę mówić, co i jak myśleć mamy, bo jest tylko jedna, jedyna, słuszna droga i jedne, jedyne słuszne poglądy, a to z miejsca zraża nawet,
jeśli ma z naszymi przekonania wspólną płaszczyznę. Bo chyba nie ma nikogo, kto
lubi ludzi typu „pozjadałem wszystkie rozumy, słuchajcie mnie, bo tylko ja mam
rację”, prawda?
I w tym wszystkim rozmywa się jakoś wątek kryminalny
i wszystko, co z nim wiąże. Covidowe wtręty co i rusz burzą rytm czytania i
rażą obsesyjną wtórnością, brakuje tu wyważenia, bo czasem rzecz wciąga, a
czasem nuży rozwlekłością. Są tu watki zbędne. Są zbyt przesłodzone i
naciągane. A klimat zamiast wisieć na stronach przez cały czas, zdarza się
tylko sporadycznie. Co więcej stylistycznie znów jest gorzej – po bardzo fajnej
pod tym względem „Baśniowej opowieści” King zalicza solidny regres. A prezentowana w książce poezja, która miała być wybitna i mieć jakiś potencjał, sprawia wrażenie bazgrołów dzieciaka, który o poezji nie ma większego pojęcia, a to i tak najmniejszy problem, bo przede wszystkim nie ma grama talentu do niej. Zresztą w
dużej mierze to „zasługa” (przynajmniej od strony prozatorskiej) tego, że Stephen znów pisze posługując się czasem
teraźniejszym, a to zawsze słabo u niego wypadało. Są pisarze, którzy wyciskają z
takiej estetyki coś wyśmienitego, ale on do nich nie należy.
Czyli książka zła? Niestety tak, a jednocześnie to jej najmocniejsza strona. Bo całość fabularnie jest jednocześnie tak nijaka, że zapomniałbym o niej, jak zapomniałem totalnie o przygodach Holly z poprzedniego tekstu (i jak zapomniałem kim są te nijakie postacie, które jej pomagają), gdyby nie to, że czytelnika traktuje, jak niezdolnego do grama intelektualnego wysiłku (nie wiem, może właśnie tak King myśli o swoich czytelnikach, bo w końcu to dla nich, a nie przeciwników swej twórczości pisze). Czy mogło być sporo lepiej? Wątpię, bo tu trzeba byłoby zarówno ponadczasowego przesłania (a to się zdezaktualizowało niemal od razu i dezaktualizuje coraz bardziej), oryginalnego pomysłu i niebanalnego, ambitnego pisarstwa, a King od lat nie ma już pomysłów na książki, niemal wszystko opiera na tym, co już kiedyś pisał (i opierać będzie, przecież zapowiedziano już kontynuację „Cujo”), a zarzut, że jego twórczość jest literackim odpowiednikiem fastfooda dobrze określa jej jakość. Nadziei, że jeszcze kiedyś zachwyci, jak przed laty już niestety nie mam, ale liczę, że zrobi jeszcze chociaż jakieś lepsze książki, niż „Holly” czy „Billy Summers”, chociaż nadziei już dawno mi brak. Jest w tej powieści jednak jedna rzecz, którą muszę tu wspomnieć - w pewnym momencie jedna z postaci wspomina, że nie ma znaczenia, co autor mówi o swoim dziele, a co ono mówi o nim. „Holly” zaś o Kingu nie powiedziała żadnego dobrego słowa. I to niech będzie podsumowaniem tego wszystkiego.

Komentarze
Prześlij komentarz