Uwielbiam Indianę Jonesa
od dzieciaka. Przez niego uwielbiam też Larę Croft i parę innych rzeczy. Ile
razy widziałem poszczególne filmy? Nawet nie będę próbował zliczyć, bo i po co.
Nawet czwórkę, spory zawód, widziałem nie raz, nie dwa i nie trzy razy. Więc
nie chciało mi się wierzyć, że najnowszy i – mam szczerą nadzieję, że to prawda
– ostatni film z cyklu, wielkie pożegnanie, będzie najgorszy z serii. Ale jest.
Co nie znaczy, że to zły film, po prostu jak się okazuje twórcy nie mieli na
niego żadnego pomysłu, ale zdołali rozciągnąć to wszystko do długości ponad
dwóch i pół godziny, co niestety przełożyło się czasem na wiejącą z ekranu
nudę.
W czasie drugiej wojny światowej
Indiana Jones starł się z niejakim Jürgenem Vollerem w walce o tajemniczy
mechanizm Archimedesa. Teraz, w latach 60., przeszłość upomina się o niego i
musi ruszyć znów do akcji, u boku mając krewną Helenę. Ale czy dla takiego
emeryta, jak on, jest jeszcze miejsce we współczesnym, nastawionym na wyścig
zbrojeń i podbój kosmosu, świecie?
Ten film miał być laurką
dla Indiego, a... No co tu dużo mówić, mamy tu właściwie sam fanserwis. Co to
znaczy? W świecie mangi i anime mamy taki termin oznaczający spełnienie marzeń
fanów. Najczęściej ogranicza się to do serwowania ich ulubionych bohaterek w
bieliźnie albo w różnym stopniu negliżu, ale pamiętajmy, że chodzi tu o ogół
wszelkiej maści elementów, które odbiorcy kochają i których chcą – ikoniczne
przemiany, pozy, ataki, team-upy, nawet dane powracające sceny. No i właśnie
ten film jest złożony z samych takich rzeczy. Dosłownie. Nie, Indi nie biega na
golasa, nie ma tu erotyki, żeby nie było, po prostu wszystko, co widzicie na
ekranie, to nic innego, jak odtworzenie scen, które w serii już były, od
początkowej sekwencji z pociągiem, po sceny z kapeluszem. Mało? To nawet ta irytująca
postać, jaką jest Helen stanowi dobry na to przykład: bo miała być silną, wyzwoloną
i inteligentną kobietą, a wyszedł z tego jakiś kiepski żart z Lary Croft
(będącej przecież takim żeńskim Indianą). Popkultura zatoczyła koło. No i trochę
się przy tym stoczyła niestety. Już wolałbym, żeby nie uśmiercali syna Jonesa,
bo Shia, choć też wkur… drażniący i za nim nie przepadam, jakoś lepiej nadawał
się do takiej roli.
No i tak wypada cały ten
film. Wszystko co dzieje się na ekranie to kopiuj-wklej tego, co było. Nawet
wygląd granego przez Mikkelsena złola to takie sklonowanie tego, jak wykreowana
Ronalda Laceya w „Poszukiwaczach zaginionej arki”. Powracają co prawda aktorzy
znani ze starych części (kolejny fanserwis), ale okazuje się, że nie mają za
wiele do roboty. Ponad dwie i pół godziny, masa bzdur w scenariuszu i zbędnych
rzeczy, czasem sporo nudy, a nie znaleźli dość miejsca by wykorzystać fajne
postacie? Szkoda… Ale znaleźli twórcy czas na sceny absurdalne, które w latach
80. by się broniły, ale dziś już nie, a wątek z (spoiler) podróżą w czasie
jakiś nijak mi do tej serii nie pasuje. Podobnie, jak humor, który ani nie jest
tak trafiony jak kiedyś, ani nie ma
dawnego pazura.
Ale doceniam, że starano
się wizualnie. Może za ciemno jest czasem na ekranie, może nie ma tej
klarowności starych części, ale nie ma też kiczu, jaki prezentowała poprzednia
odsłona. Fajnie wyszło stylizowanie na dawne kino, fajnie też wypadło samo CGI
i odmłodzenie szczególnie Harrisona Forda. Fajnie też czasem gra to wszystko na
sentymentach, ale zabrakło spielbergowskiej magii. Bo co tu się oszukiwać, James
Mangold, gość, który spartolił „Logana” (tak, tak, nie wystarczy dać
przekleństw, spowolnić akcję i nałożyć parę filtrów na kamerę, by zakryć
nieprzemyślany, kiepsko wykreowany świat i płaskie postacie, które wcześniej
dobił swoim „Wolverinem”, chyba najgorszym filmem o X-Men) nie jest magikiem, a
tanim wyrobnikiem, który może i chciałby coś innego, może i chciałby ambitniej,
ale nijak nie potrafi.
Efekt? Kolejny filmowy
blockbuster, jakich wiele, mający tyle wspólnego ze starymi „Indianami”, co
czwarty i piąty „Die Hard” z klasycznymi odsłonami serii z Willisem. Niby
bohater ten sam, niby sztuczki podobne, ale to już nie to. Gdyby tak oddać to w
ręce Zemeckisa chociażby, wyszłoby o niebo lepiej, ale czy Zemeckisowi, mimo iż
od lat nie kręci naprawdę dobrych filmów, chciałoby się ekranizować scenariusz,
który powstał metodą ostatnich „Star Wars” (czyt. kopiuj-wklej)? No nie wiem.




Komentarze
Prześlij komentarz