Kiedy TM-Semic
wydawało „Lobo”, dostaliśmy niemal wszystko z serii, co wyszło spod ręki
jednego z ojców tej postaci, Keitha Giffena. Niemal. Potem Mandragora dorzuciła
do tego opowieść „Wyzwolony” i tak dostaliśmy wszystkie długie historie, jakie
Giffen tworzył albo współtworzył. I prawie komplet krótkich. Został jeszcze
tylko ta jedna, zaprezentowana w #58 numerze regularnej serii o Ważniaku, nigdy
nad Wisłą niewydana (no prawie, ale o tym przy innej okazji). Niewielka, oparta na schemacie rodem z xmanowej „The
Proteus Saga”, ale naprawdę przyjemna, szalona i absolutnie warta poznania.
Więzienie Curbysek to
miejsce, gdzie nie brak szumowin wszelkiej maści. Ale jedna z nich jest
najgorsza – to Neuronowy Dżin, więzień bez ciała, impuls właściwie, który może
zmieniać nosicieli, jak rękawiczki. A przy okazji artysta rzezi, ludobójstwa,
niszczenia planet… No i właśnie ten gość ucieka, łączy siły z bliską mu
psychopatką i planuje rzeź. A za nimi wysłany zostaje list gończy, wyznaczona
nagroda, łowcy nagród wezwani, więc i na scenie pojawia się Lobo, który chętnie
zarobi. Tylko jak ma pokonać takiego wroga? Co tu robi pies i kot? No i jeszcze
gościnnie pojawia się Superman!
Nic oryginalnego,
schemat, zżynka z z xmenowej sagi Proteusa ale jaki przyjemny. Giffen bierze się tu za pisanie i za rysowanie, dialogi
zostawia Grantowi i razem tworzą kawał dobrego komiksu, który bawi się metafikcją
i burzy czwarta ścianę. To nie poziom najlepszych „Lobo” (acz są świetne momenty, jak retelling genezy Supermana poprzez wypadek Lobo), ale z krótkich,
jednozeszytowych opowieści to zdecydowanie topka, bo i satyra, i akcja, i ta
przyjemna rzeźnia, która jest bardziej umowna, niż rzeczywista, ale jednak ma w
sobie coś.
Rozpisywać się za
bardzo nie ma co, bo to tylko dwadzieścia klika stron, jedna historia, której tak
ze trzydzieści procent streściłem w samym opisie, ale powiem, że ja Giffena
uwielbiam. Przynajmniej w „Lobo”, bo np. takie „JLA International” jakoś mnie
nie porwała, a ten zeszyt dostarczył mi porcji, może niewielkiej, ale jednak,
tego, co tak sobie u niego cenię. Jakąś taką nonszalancję, czarny humor, brak
poprawności politycznej, luz i wyczucie, połączone z odnajdywaniem w zgranych
motywach czegoś nośnego.
I jego kreskę też
sobie cenię. Wolę to, co pokazał w „Dzieciobójstwie”, bo więcej w tym szaleństwa
było, więcej własnego charakteru, ale ta prostsza forma z tego zeszytu też mi
leży. Więc jeśli będziecie mieli okazję kiedyś go przeczytać, czytajcie śmiało.
Warto.




Komentarze
Prześlij komentarz