Power Rangers (TM-Semic) – Fabian Nicieza, Ron Lim, Scott Lobdell, Mark McKenna, Jake Jacobsen, Kenneth Branch, Candelario, Frank Lovece, Steve Ditko, Jim Anash, Pond Scum, Barry Dutter, Rurik Tyler, Mike Halbleib, Bart Schmitz, Phil Sheehy, Tom Palmer, Jim Sanders III, Chris Taylor, Sam Delarosa, Grant Miehiem, Darick Robertson, Vincent Lovece

WOJOWNICY BEZ MOCY

 

Nie zna życia (w latach 90.) kto nie oglądał „Power Rangers”. No i „Sailorek”, „Dragon Balla” i masy innych rzeczy, ale ja o „Wojownikach Mocy” tu miałem, więc nie będę za bardzo odchodził od tematu. Wtedy się ich oglądało, zbierało naklejki, był też magazyn, gdzie trochę komiksów, a trochę innych rzeczy dla dzieciaków i były jeszcze stricte komiksy wydawane przez TM-Semic. No i wydawane były krótko, ot siedem numerów między 1997 a 1998 rokiem. I nic szczególnego w sumie to to nie było, naiwne, infantylne, czasem aż zgrzytało się zębami, acz z pewnym urokiem. No i z paroma naprawdę konkretnymi nazwiskami, które miały przyciągnąć do serii, ale chyba nic z tego nie wyszło.

 

Power Rangers. Grupa nastolatków od istoty nie z tego świata otrzymuje moce, kostiumy wielkie roboty bojowe i walczy z wrogami w postaci Rity Odrazy i Lorda Zedd. No i tak się to toczy.

 

To, co TM-Semic wydało w latach 90. XX wieku, to była kompletna seria „PR” opublikowana swego czasu przez Marvela. Marvel jakieś dwa lata przed Semiciem wypuścił na rynek siedem numerów serii głównej, potem pięć numerów „Ninja Rangers” (gdzie dorzucano historie z niezwiązanej z „PR” serii „VR Troopers”) a na koniec jeszcze numer specjalny, adaptujący film kinowy – no i ten numer specjalny akurat wypadał najlepiej, bo fajna, konkretna geneza postaci i mniej kiczowate wykonanie. Ale o reszcie wiele dobrego nie da się powiedzieć.

 

Okej, z plusów na pewno jest to, że za serię odpowiadali m.in. Fabian Nicieza, Scott Lobdel i Ron Lim, gościnnie zaś pomagali Steve Ditko czy Darick Robertson, a to jednak twórcy znani, czasem cenieni. No ale wiadomo, tu dostali materiał, który miał współgrać z kiczowatym serialem i jeszcze trafiać do młodszych odbiorców. Więc poszli w infantylne, pretekstowe historie rodem z kaiju. No i jako komiksy same w sobie to wartość mają niemal zerową. To było odcinanie kuponów, które w tamtych latach co chwila przejmowało inne wydawnictwo (ale o tym opowiem za jakiś czas, omawiając „Power Rangers: Archive”), na jakości nie zależało, bo przecież sprzeda się na fali popularności no i dziś należy odczytywać to wszystko tylko przez różowe okulary sentymentu. Inaczej się nie da.

 


Jako dzieciak lubiłem „Power Rangers”, ale nawet wtedy te komiksy mnie nie zachwyciły. No ale to był poziom większości komiksów spod szyldu „Star Wars”, które czytałem niedługo potem i w kolejnych latach, więc w sumie nic to, co aż tak by się odcinało niską jakością. Ich plusem była niezła szata graficzna, a jednocześnie to, że mieliśmy do czynienia z krótkimi historiami (każdy zeszyt polskiej edycji to były jakieś cztery opowieści). Jedynie tan filmowi, opowiadał jedną dłuższą fabułę. No i po latach brnie się przez to, bo tekstu sporo, a czytać właściwie nie ma czego, ale jeśli ma się sentyment, nadal można znaleźć tu trochę rozrywki. A przede wszystkim wspominek, nostalgii. No i dlatego sięgnąć można. Albo jako po ciekawostkę. I w zasadzie tyle. Bo tym wojownikom mocy jednak brakuje.

Komentarze