Venom #4 – Donny Cates, Mark Bagley, Juan Gedeon, Luke Ross, Guiu Vilanova

VENOM I VIRUS

 

„Król w czerni” zbliża się wielkimi krokami. Jeszcze w tym roku będzie. Wielki venomowy event, który będzie miał wpływ na wiele serii i całe uniwersum – ot pierwsze aż tak gigantyczne wydarzenie z kimś ze świata Spider-Mana (nie liczę „Dark Reign”, bo to trudno nazwać mianem jednego, konkretnego eventu, skoro działo się w wyniku eventów i pomiędzy eventami). I po prostu kolejna epicka rozrywka, tym razem naprawdę dobra. No ale to dopiero przed nami, a teraz mamy ten tom, pomost między poprzednim wydarzeniem „Rzeź absolutna”, a „Królem” właśnie. I fajnie jest, fajnie się to wszystko rozwija, rozkręca i wprowadza do tego, co dalej, klimat też ma i nawet, jeśli kilka scen to taka trochę sieczka i absurd, całość jest naprawdę przyjemną rozrywką.

 

Po walce z Carnage’em Eddie musi się jeszcze uporać z symbiotycznym skażeniem Wyspy Kości. Bo coś w nim zostało po ostatnich wydarzeniach. Nie wie jednak, co tam na niego czeka, a na pewno nie jest na to gotowy. A tu jeszcze na scenę wkracza niejaki Virus!

 

Na naszym rynku regularnie mamy dwie pajęcze serie od Marvel Fresh. Pierwsza to, oczywiście, „Amazing Spider-Man” Spencera, czyli przeciętniak i spory zawód, który wciąż powtarza wszystko, co już była. Druga to, też wiadomo, „Venom” no i tu okazało się być bardzo dobrze, z pomysłem i chęcią ostatecznego naprostowania tematyki pochodzenia symbiontów. Bo z tymi symbiontami to było tak, że najpierw to niby kosmiczny kostium, potem kosmiczny byt, potem, że to cała pasożytnicza, mordercza rasa, a jeszcze później, że jednak to rasa spokojna, pokojowa i w ogóle, tylko źle akurat wypadało i wszyscy myśleli inaczej. A teraz znów wracamy do tej ich morderczej strony, a nawet idziemy dalej, no ale sami to wszystko sobie z serii wyczytacie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście.

 


Fabularnie to akcyjniak, ale idący w klimaty horroru. Jest mroczniej, niż zazwyczaj, Cates sporo skupia się na bohaterach i relacjach między nimi, to też często siła sprawcza wielu wydarzeń. A całość przypomina trochę komiksy z mrocznej ery lat 90., gdzie eksplorowano podobną tematykę i do wszystkiego podchodzono w podobny sposób. Zresztą sam wraca do jednej z najlepszych fabuł z Venomem, czyli wielkiej walce jego i Spidera na pewnej wyspie. Jednocześnie dostajemy tu porcję nawiązań do eventu „Empireum”. Więc widać od razu, że epicko bywa, ale tak naprawdę to ma tylko zaostrzyć apetyt na to, co nadciąga i już za miesiąc pojawi się na sklepowych półkach. Fajnie więc, że nie będziemy musieli za długo czekać i fajnie, że mamy ten tom, bo udany, treściwy, nastrojowy i solidnej grubości jest.

 


No i dobrze zilustrowany. Fajna ekipa, która czuje temat i czuje klimaty takie, a przy okazji potrafi to uchwycić i oddać, robi robotę. Wygląda to mrocznie, widowiskowo i w ogóle wpada w oko. No po prostu dobre, na poziomie i warte poznania. Głównie dla fanów Pajęczaka, wiadomo, ale nie tylko. No i jest to zdecydowanie lepsze od tego Pajęczaka z ostatnich lat i to też warto mieć na uwadze.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za możliwość przeczytania albumu.



Komentarze