„AHS: Delicate”… No nie, to nie powinno mieć z „American
Horror Story” nic wspólnego. Uwielbiam ten serial, wszystkie sezony – każdy z
nich oglądałem po kilka razy – i nawet w najgorszym momencie, nawet najsłabsze
epizody spin-offu „Stories” nie były tak złe, jak ten sezon. Twórcy franczyzy
odeszli, zostawiając rzecz w rękach beznadziejnej showrunnerki Halley Feiffer i
w efekcie powstał sezon, w którym nie gra nic, nie ma napięcia, grozy, klimatu,
a beznadziejne aktorstwo, kiepski scenariusz i słaba realizacja, w której
położone jest dosłownie wszystko zabijają rewelacyjną dotąd markę.
Fabuła jest prosta jak druta. Kopia „Dziecka
Rosemary” i niezliczonych horrorów, jakie inspirowały się tą klasyką. Anna to
gwiazda, marzy o dziecku, poddaje się zabiegowi in vitro, ale coś zaczyna być
nie tak. Nic się nie zgadza, w życiu kobiety pojawiają się dziwni ludzie, maż
kryje w sobie sekrety, a wszystko tylko narasta. Czy tu dzieje się coś paranormalnego?
A może to Annie odbija?
Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Pierwsze wątpliwości,
co do sezonu zacząłem mieć, kiedy okazało się, że będzie on adaptacją powieści,
która nawet szerszym echem nigdzie się nie odbiła. Zrobione to to po
znajomości? Tak to wygląda, niestety. Potem wątpliwości przybyło, kiedy okazało
się, że Murphy i Falchuk nie pracują nad sezonem, aż wreszcie zawiodły pierwsze
zwiastuny, ale dałem szansę, obejrzałem – przynajmniej na razie pierwsza część,
bo sezon podzielili na dwie, jakby było po co – i zawód jest duży.
Raz, że fabuła jest wtórna i słaba. To jeszcze
byłoby do obronienia, bo w poprzednich sezonach twórcy swoje opowieści budowali
na zgranych motywach, ale wyciskali z nich wszystko, co najlepsze, znajdowali
coś nowego, a przede wszystkim swojego. Teraz nic nowego tu nie ma, nie ma nic
charakterystycznego. Ze starego „AHS” mamy tu tylko tytuł, fajną czołówkę i
może jeszcze te kostiumy satanistów, czy jak ich tam nazwać. Ale to za mało, bo
reszta jest przerażającą słabizną. Klimatu brakuje, nie ma napięcia, nic nie zaskakuje
i nie ciekawi… Są sceny, gdzie to wszystko powinno być, ale zrealizowano je
tak, że ta realizacja i aktorstwo zabijają wszystko. Zresztą to aktorstwo to jakiś
żart. Emma Roberts nigdy dobrze nie
grała, ale teraz tworzy najgorszą kreację w swojej historii. Kardashianka,
którą nie wiem po co zatrudniono, jest drętwa i drażniąca – tak samo zresztą,
jak Matt Czuchry, na którego męczenie się w roli aż ciężko się patrzy. Tu nawet
Cara Delevingne gra, jakby nie potrafiła wykrzesać z siebie żadnych emocji albo
nie wiedziała, co ma grać – jej miny są żenadą gorszą, niż miny Elijah Wooda
cierpiącego we „Władcy pierścieni”. I tylko Denis O'Hare i Billie Lourd nie zawodzą,
jak zawsze, ale ich jest zdecydowanie za mało.
Efekt? Słabizna, jakiej po tej serii się nie
spodziewałem. Kicza, tandeta, tragedia… Nie jestem ciekaw, co będzie dalej, nic
nie obchodzą mnie postacie, ich losy i zagadki. A obrazu tej porażki dopełniają
słabe efekty specjalne (zobaczcie tylko sceny, jak biała sukienka Emmy staje
się czerwona, CGI, jak sprzed paru dekad i nie jest to celowy zabieg…). Szkoda,
wielka szkoda. Liczę, że w następnej serii Murphy i Falchuk wrócą i pokażą, jak
się robi ten serial, a na razie zostaje tylko żal, że ktoś w ogóle dopuścił do
realizacji takiego gniota, jak „Delicate”. Takie „American Horror” to sorry, ale nie. I na drugą cześć sezonu zapowiadaną na przyszły rok nie czekam. Oby nowe odcinki




Komentarze
Prześlij komentarz