Dead Dead Demon's Dededede Destruction #5 - Inio Asano


DO KOŃCA LUDZKOŚCI POZOSTAŁO…

 

„Dead Dead Demon's Dededede Destruction” tom piąty, czyli już przedostatni. Czyli coraz bliżej jesteśmy tego, co od dawna w tej mandze określa się mianem końca ludzkości. Ale wiadomo, jak to u Asano, oznaczać to może naprawdę wiele różnych rzeczy. A tak naprawdę liczy się, jak wyśmienita jest ta manga – a to chyba najlepsza seria wydawana obecnie na polskim rynku, więc tym większy żal, że to już niemal koniec. Ale zanim ten koniec nastąpi, czeka na nas masa retrospekcji i powrót do obecnych wydarzeń, które wchodzą już w konkretną fazę.

 

No ale po kolei. Pierwsza połowa tomiku to wspomniane kontynuowanie tego, co działo się w przeszłości. Oba i Makoto nadal odkrywają wspomnienia Oran i to, jak ta wraz z Kadode stara się ocalić świat. Rodzi się jednak pytanie czy nawet tak szczytny cel uświęca środki?

A kiedy już w końcu wracamy do tu i teraz, wszystko idzie w większy konkret, gdy statek matka zaczyna stanowić coraz większe zagrożenie. Ale kółko okultystyczne robi swoje, wypoczywa, oddaje się wakacyjnym przyjemnościom. Czy jednak to wszystko ma sens, kiedy w tle dzieją się tak wielkie i ważne wydarzenia?

 

Kiedy czyta się ten tomik, chociaż mimo coraz mniejszej ilości czasu dzielącej nas od zagłady, nie czuje się, że to już koniec, że za rogiem wielki finał. Jednocześnie trudno pozbyć się wrażenia, że Asano szykuje nas na wielkie pożegnanie. Domknięcie retrospekcji to jedno – ten wątek to w ogóle super się rozkręca, sceny w klasie… No sami musicie to zobaczyć. Fajnie potem nakręcają się emocje, fajnie wszystko wybucha wręcz i działa. Naprawdę działa. W ogóle zresztą te retrospekcje to coś świetnego i nieoczekiwanego, bo kto spodziewał się, że… No dobra, sami wiecie, jeśli czytaliście, jeśli nie to sami odkryjecie, bo jest co i warto. Bo tu nawet poszczególne sceny robią robotę – skok z budynku, latanie… jest na co popatrzeć.

 


A pomyślcie, że to dopiero wstęp. Lepsze poznanie bohaterek i ich losów. I w ogóle lepsze zrozumienie tego wszystkiego. A potem się zaczyna. I to, jak zaczyna i jak kończy się druga część tego tomu, czyli wakacyjnymi scenami (bo nie mówię tu o udanych jak zawsze przygodach „Isobeyana”, którymi wszystko zawsze się kończy i zaczyna), sprawia wrażenie, jakbyśmy obserwowali ostatnie chwile niewinności i szczęścia. Jakby to stanowiło element pożegnania z radością i beztroską. Jest tu urok, jest romantycznie, jest ciepło i przyjemnie i jakoś tak robi się smutno, ściska za gardło, bo wiemy, że to już niedługo. W końcu w tle dzieje się to, co wielkie. Ze statku matki odrywa się fragment, który spada na bloki mieszkalne – sekwencja z miejsca kojarząca się ze scenami z „Akiry”, zresztą podobnie w detal idzie Asano, jak w detal szedł Ōtomo – Ameryka zaczyna wykorzystywać narastającą panikę… Gdy bohaterowie bawią się i odpoczywają, zbliżamy się do końca odliczając upływający czas na wydarzeniach polityczno-wojskowych. A finałowe fajerwerki stają się jakąś taką symboliczną kropką nad „i” i zapowiedzią tego, co nadchodzi.

 


Ot kolejny doskonały tom, który zachwyca, który gra na emocjach, zmuszając jednocześnie do zastanowienia, przemyślenia, analizowania, wgryzania się, szukania drugiego dna. Poraża genialną, hiperrealistyczną, a jednak wciąż typowo mangową szatą graficzną, zachwyca klimatem, wykonaniem, wydaniem. Perełka, po prostu kolejne asanowe arcydzieło i tyle w temacie.

 

Tytuł kupicie tutaj:


Komentarze