Miecz nieśmiertelnego #6 – Hiroaki Samura

ROZDZIELENIE

 

Zemsta trwa. Trwa rozbudowywanie wydarzeń, wątków. No wszystko trwa, w najlepsze można by powiedzieć. Jak zawsze jest krwawo i dosadnie, jest mocno i bez unikania tego, co dla dorosłych. Ale bywa i poetycko, a w tej części osobno skupiono się na poszczególnych postaciach całej serii, bardziej niż w akcję, idąc w pogłębienie wydarzeń może nieco dalszych, niż siła napędowa cyklu, ale wcale nie mniej istotnych i ubarwiających całą opowieść.

 

Manji i Magatsu. Dwaj mężczyźni, którzy potrafią walczyć, posługiwać się mieczem i dwaj, którzy gonią za kobietami. Ale równie wiele rzeczy łączy ich, co dzieli. Więc drogi obu rozchodzą się i podczas gdy Manji wpada w zasadzkę, Magatsu staje do walki z jednorękim mężczyzną, który na Manjego poluje. No i zaczyna się…

 

A właściwie nie tyle zaczyna, ile zbliża do końca, bo jesteśmy w środku kolejnej historii zaczętej w poprzednim tomie. W końcu to nadal fabuła „Pierwszy szron”, doprowadzona na dodatek już do finału, by zrobić miejsce dla innych rzeczy, więc aż taka konkretna, szybka, szalona akcja kończy się w tym miejscu, by powrócić dopiero właściwie na sam koniec (jest po drodze jeszcze fajny moment solidnej walki, ale sprawia on wrażenie swoistego przetrwalnika, mającego podsycić apetyt tych, którzy właśnie takich elementów pragną). Ale opowieść nie tarci na jakości ani sile wyrazu.

 

Właśnie, początek tego tomiku jest taki męski, konkretny, ale zaraz potem autor skupia się na kobiecej stronie tej opowieści. I wiadomo, na scenę wraca Rin, bo jakżeby inaczej, ale nie jest ona jedyna. I ta część, choć miewa momenty bardziej dynamiczne czy autentycznie mocne, jak choćby pewne sceny z pięścią, jest bardziej skupiona na postaciach, na otoczeniu, na wydarzeniach, a nie wymianie ciosów. I powiem szczerze, że dla mnie to lepsze, niż starcia. Lubię, kiedy jest o postaciach, kiedy to na nich opiera się wszystko i można się wczuć w ich losy, a to właśnie tu dostajemy.

 


I to, że jest spokojniej, nie sprawia, że napięcie opada. Nadal jest dramatycznie i przejmująco, ale i wraca też pewna doza poetyckich elementów. Właściwie chodzi tu o jedną scenę, stronę, góra dwie, która pokazuje, jak autor potrafi. Scena erotyczna, wiadomo w tej serii nagości i seksu nigdy nie brakowało, ale chodzi o to, że mamy ten moment uchwycony w bardzo nieoczywisty sposób – bo wszystko co obserwujemy to stopa, wyginające się spazmatycznie palce, ruchy stopy… Niby drobiazg, a jakość zapada w pamięć i robi wrażenie.

 

Tym większe, że rysunki są znakomite. Specyficzna to robota, bo raz, że bardziej realistyczna, jak na mangowe realia, dwa, że autor robi to wszystko jakby w szkicowej formie. Ale jest w tym coś, jest dynamika, jest klimat, jest siła… No i jest siła w tej serii, w tym tomie. Warto.

 

Tytuł kupicie tutaj:



Komentarze