„Ród M”, rzecz powszechnie uważana za jeden z
najważniejszych i najlepszych eventów od Marvela. I, jak niemal wszystkie takie
z XXI wieku, cenione i uwielbiane, nie jest rzeczą zbyt odkrywczą, bo coś
podobnego już było, choćby w „Erze Apocalypse’a”, ale… No nadal świetnie jest,
co tu dużo mówić, widowiskowo, blockbusterowo i z rozmachem konkretnym. Ja
Bendisa uwielbiam i tu zdecydowanie dał radę, tworząc z ogranych motywów coś
naprawdę wartego uwagi, szczególnie dla fanów X-Men i Avengers, choć powiem, że
jako miłośnik Spider-Mana też byłem z tego wszystkiego bardzo zadowolony.
Po ostatnich tragicznych wydarzeniach X-Men i
Avengers zbierają się, by zdecydować co właściwie zrobić teraz z oszalałą
Wandą, której mocy nikt już nie jest w stanie okiełznać. Większość jest nawet
gotowa zabić mutantkę, by zatrzymać zagrożenie, jakim się stała. Niestety dochodzi
do dziwnego rozbłysku i…
… bohaterowie budzą się w nowej rzeczywistości,
gdzie mutanci i ludzie żyją razem, w pozornej szczęśliwości. Jednak upragniony
raj Xaviera, świat koegzystencji homo sapiens i homo superior, nie jest
miejscem tak cudownym, jakby się wydawało. Do tego Wolverine okazuje się być
świadomy tego, jak wyglądał świat przed wielką zmianą i chce to wszystko
odkręcić. Ale czy ma szansę?
Marvel i jego eventy. Pisałem nie raz, rozpisywać
się nie będę, ale to, co kiedyś było wielkim wydarzeniem, stało się dla wydawcy
po prostu kolejnym stałym elementem wydawniczym, który od lat wielkiego
wrażenia już nie robi. Ale nadal się sprzedaje, więc wciąż dostajemy kolejne i
w efekcie coraz mniej jest rzeczy, które miałyby w sobie coś pomysłowego. Weźmy
taką „Wojnę domową”, uważaną ogólnie za najlepszy event, opartą na schemacie
rejestracji superbohaterów i różnic z tego wynikających, który o wiele lepiej
wykorzystany był dwie dekady wcześniej w „Strażnikach”. Albo „Tajne wojny”
Hickmana, wzorowane na „Kryzysie na nieskończonych Ziemiach”. Albo… No dobra,
to temat do zupełnie innych rozważań, ale prawda jest taka, że jednak
oryginalności w tym wszystkim brak. Liczy się jednak, że nadal można fajnie to
poprowadzić, wykorzystać, coś zmienić, coś dodać, znaleźć coś nowego i
dokładnie to w tematyce stworzenia nowej rzeczywistości (w której Bendis sporo
też czerpie z „Heroes Reborn: The Return”, a potem podobny myk zastosuje
jeszcze w „Erze Ultrona”) robi właśnie „Ród M”.
„Ród M” to w sumie kontynuacja tego, co Bendis już
pokazał nam w „Upadku Avengers”. Więc jak sobie tak sięgniecie najpierw po
„Avengers: Impas” (Johnsa, bo jest jeszcze inny album o tym tytule), a potem
„Upadek”, to fajnie się Wam to ułoży. Jeszcze można tu dorzucić „New Avengers:
Ucieczka”, bo dzieje się tuż przed tym, gdzie zaczyna „Ród”, ale jednak obok
tego wszystkiego. Ale za wiele innych dodatków do tego po polsku nie mamy. No
bo może i wychodziły serie, w których te spin-offy znajdować się powinny, ale
te sukcesywnie po polsku pomijano („Kapitan Ameryka” Brubakera, „Puls”). Ale i
bez nich naprawdę fajnie się to czyta.
Cała opowieść to rzecz poprowadzona szybko, bez przedłużania
i z zaserwowaniem dobrej akcji. Bendis, jak dziecko w piaskownicy, bawi się
swoimi ulubionymi postaciami i ich losami pokazując, co by było, gdyby to i owo
inaczej się potoczyło (Peter ma za żonę Gwen, mają dziecko, a wujek Ben żyje,
Magneto jest tym dobrym, Doc Ock obrońcą moralności). A jednocześnie serwuje to
z konkretnym, niesłabnącym tempem. Okej, rzecz jest prosta, okej, to wszystko już
było, a lekkość sprawia, że jakoś rzecz nie uderza w ambitniejsze tony, a
mogłaby, ale jako rozrywka to niemal wzorcowy event – masa bohaterów, wielkie
wydarzenia, jeszcze większe reperkusje, które uniwersum Marvela odczuwać będzie
latami, po dziś dzień do nich wracając zresztą, i dużo dobrego dla fanów
Marvela, a mutantów w szczególności.
No i jeszcze fajne rysunki. Fajne, bo na tym etapie
Coipel jeszcze nie był tak świetny, jak teraz, a wszystko ciążyło w kierunku
kreski braci Kubertów (no coś na styku stylów ich obu), ale już był bardzo
przyjemny. I jeszcze te świetne okładki Ribica w najlepszej formie, które już w
ogóle wyśmienite są. A samo wydanie też fajne, w dniu premiery w wersji „WKKM” na
dodatek tanie i po prostu świetne, choć teraz ciężkie do zdobycia i kosztujące wielokrotność
kwoty okładowej. Więc można by było to wznowić, może nawet w jakiejś formie z
co fajniejszymi tie-inami, bo naprawdę fajna i ważna rzecz, a od lat czytelnicy
mogą ją zdobyć tylko gdzieś z drugiej ręki. Ale zdobić warto, jeśli będziecie
mieli okazję. Lepsze to od „Tajnej inwazji”, której wznowienie niedawno
pojawiło się na polskim rynku i paru innych eventów Bendisa, w których ten w latach
dwutysięcznych brylował.
Chronologia czytania eventu i wydanych po polsku
tie-inów:
·
Ród M #1-5
·
Cable & Deadpool #17
·
Ród M #6-8
·
Syn M




Komentarze
Prześlij komentarz