Spawn: Compendium, vol 5 – Todd McFarlane, Szymon Kudrański, Will Carton, Jon Goff, Jonboy Meyers


PORA POWROTÓW

 

To, co dzieje się w zebranych tu pięćdziesięciu kolejnych zeszytach „Spawna” to nie tylko nowy początek, ale czas wielu powrotów. Seria nie tylko dopiero co skończyła jeden jubileusz (dwustu numerów), ale zbliża się do dwieście pięćdziesiątego zeszytu, a jednocześnie świętuje swoje dwudziestolecie. I chociaż, jak spojrzycie na wszelkie listy najlepszych opowieści o Spawnie to z tego tomu prawie nic się na nich nie znajdzie (za to z kolejnego to już jest cała masa), rzecz nadal trzyma poziom i dostarcza dobrej, mrocznej zabawy. I jeszcze fajnie gra na sentymentach fanów będących z opowieścią od początku.

 

Fabuła tego tomu kręci się głównie wokół Jamesa Downinga, czyli nowego Spawna. Po tym, jak w jego obecności ozdrowieli ludzie, a świadkowie widzieli jak latał i wmieszany był w superbohaterskie wydarzenia, jego sława rośnie, aż dostaje zaproszenie do telewizji. Ale to dopiero początek, a co czeka na tego nowego Spawna? Kim tak naprawdę jest Jim i jakie sekrety skrywa? Co się dzieje się z Samem? No i co z Alem?

 

Nowy początek, ale przede wszystkim powroty, wiem, wspominałem już, ale pora na trochę konkretów. Bo w ten czy inny sposób, czy to normalnie, czy w retrospekcjach, powracają tu najróżniejsze postacie. Violator, to wiadomo, bo już zaliczył comeback w poprzednim tomie, znów mamy Freaka, wraca Tremor, Cogliostro, Redeemer… No sami widzicie, że się dzieje. I fajnie się dzieje, treściwie powiem. Bo bohaterowie dużo gadają, zawsze w tej serii było tego sporo, ale w efekcie mamy więcej treści, więcej dialogów i monologów, niż pędzącej na złamanie karku akcji. No bo tej akcji jako takiej jest tym razem mniej, to co się dzieje to bardziej ustalanie statusu quo nowego Spawna, a potem, od pewnego momentu szykowanie się na… No pewnie i tak wszyscy zainteresowani tematem wiedzą na co, ale spoilerować nie będę.

 

I, wiadomo, nie jest to wielki komiks, ale ja nadal lubię, jak to się kręci. Lubię ten mrok, brud, krew, trochę tandetnego filozofowania, trochę zagadek, trochę kiczu, trochę uroku. Coś z horroru, coś z super (i anti) hero, to znowu coś z kryminału i thrillera. Trochę symboliczne, trochę okultystyczne (swego czasu mówiło się o „Spawnie”, jako serii satanistycznej, ale komuś chyba pomyliły się pojęcia), mające w sobie też sporo komentarza społecznego. Aż dziw, że przez tyle numerów rzecz nadal trzyma podobny, co na początku poziom i nadal pozostaje spójna. Nie twierdzę, że sens się nie pogubił, bo to nastąpiło już dawno, ale to bolączka wszystkich dłuższych cykli komiksowych.

 


Wracając do tego tomu to jeszcze mamy tu powrót McFarlane’a do pisania serii. Ten, co prawda wrócił już w 185 numerze, ale tam sprawiało to bardziej wrażenie okazjonalnego powrotu by wprowadzić nowego Spawna i uczcić dwusetny numer, a tu już leci na całego. Co prawda wspomagają go inni scenarzyści, ale Todd znów bryluje. I całkiem fajnie mu to wychodzi i tu też mamy kolejny powrót, bo nowy Spawn, który nie zna swej przeszłości, znów odkrywanie, znów Violator, jako przewodnik, znów to, znów tamto... Szkoda tylko, że nie on rysuje. Bo nasz rodak, Szymon Kudrański, może i operuje mroczną, gęstą i realistyczną kreską, ale… Po pierwsze nie pasuje to do serii. Ginie gdzieś jej klimat, jej widowiskowość i charakter. Po drugie jego prace są jakieś takie bez serca, bez ducha. Wygląda to, jak przerabiane zdjęcia, a tam, gdzie trzeba wprowadzić elementy własne, czuć jakiś dysonans. Poza tym Szymon ma duży problem z ruchem, jego pracom brak dynamiki, nie czuje się, że postacie mogłyby się poruszać, wszystko jest jakieś martwe, płaskie… No nie moja bajka. Fajnie, że go doceniono, że rodak robił popularną serię z USA, ale nie wpada mi to w oko i nie kręci mnie. Dobrze, że od kolejnego tomu dostaniemy innych rysowników (w tym zresztą mamy już tego zapowiedź), szkoda jednak, że Kudrański będzie jeszcze wracał…

 


Summa summarum, kolejny fajny tom serii. Nic wybitnego, ale dobra rozrywka, lepsza od większości tasiemców. Fajne wydanie w dobrej cenie też robi swoje. I tylko szkoda, że nie ma tu przedruku okładek, bo te zawsze znakomite były (no i sentyment do nich mam, pamiętam, jak jako dzieciak zobaczyłem późnym wieczorem na wystawie kiosku „Spawna 3/1998” od TM-Semic – ciemno, czerń nieba, nikły blask światła latarni padającego na szybę zamkniętego kiosku i ta okładka, grób, trumna, szczury i szalejący nocą Spawn, robiło to wrażenie). Tym bardziej, że tu z okazji dwóch dekad istnienia serii dostaliśmy cykl okładek będących hołdem dla różnych kultowych komiksów, od „Amazing Fantasy #15”, przez „Strażników”, po te, które Todd robił kiedyś dla „Spider-Mana”. No ale coś za coś, jest tanio i solidnie (ponad tysiąc stron w kolorze na półkredowym, cienkim, ale jednak papierze) i tego właśnie mi było trzeba. A teraz zostaje czekać na kolejny tom ze świetnymi, cenionymi opowieściami, jak „Satan Saga Wars”, „Dark Horror”, „History of Spawn”, „Hell on Earth”, „Enemy Of The State” czy wreszcie przełomowy podobno, trzysetny numer, bo jest na co.

Komentarze