To, co dzieje się w zebranych tu pięćdziesięciu
kolejnych zeszytach „Spawna” to nie tylko nowy początek, ale czas wielu
powrotów. Seria nie tylko dopiero co skończyła jeden jubileusz (dwustu
numerów), ale zbliża się do dwieście pięćdziesiątego zeszytu, a jednocześnie świętuje
swoje dwudziestolecie. I chociaż, jak spojrzycie na wszelkie listy najlepszych opowieści
o Spawnie to z tego tomu prawie nic się na nich nie znajdzie (za to z kolejnego
to już jest cała masa), rzecz nadal trzyma poziom i dostarcza dobrej, mrocznej
zabawy. I jeszcze fajnie gra na sentymentach fanów będących z opowieścią od
początku.
Fabuła tego tomu kręci się głównie wokół Jamesa
Downinga, czyli nowego Spawna. Po tym, jak w jego obecności ozdrowieli ludzie,
a świadkowie widzieli jak latał i wmieszany był w superbohaterskie wydarzenia,
jego sława rośnie, aż dostaje zaproszenie do telewizji. Ale to dopiero
początek, a co czeka na tego nowego Spawna? Kim tak naprawdę jest Jim i jakie sekrety skrywa? Co się dzieje się z Samem? No i co z Alem?
Nowy początek, ale przede wszystkim powroty, wiem,
wspominałem już, ale pora na trochę konkretów. Bo w ten czy inny sposób, czy to
normalnie, czy w retrospekcjach, powracają tu najróżniejsze postacie. Violator,
to wiadomo, bo już zaliczył comeback w poprzednim tomie, znów mamy Freaka,
wraca Tremor, Cogliostro, Redeemer… No sami widzicie, że się dzieje. I fajnie
się dzieje, treściwie powiem. Bo bohaterowie dużo gadają, zawsze w tej serii
było tego sporo, ale w efekcie mamy więcej treści, więcej dialogów i monologów,
niż pędzącej na złamanie karku akcji. No bo tej akcji jako takiej jest tym
razem mniej, to co się dzieje to bardziej ustalanie statusu quo nowego Spawna,
a potem, od pewnego momentu szykowanie się na… No pewnie i tak wszyscy zainteresowani
tematem wiedzą na co, ale spoilerować nie będę.
I, wiadomo, nie jest to wielki komiks, ale ja nadal
lubię, jak to się kręci. Lubię ten mrok, brud, krew, trochę tandetnego filozofowania,
trochę zagadek, trochę kiczu, trochę uroku. Coś z horroru, coś z super (i anti)
hero, to znowu coś z kryminału i thrillera. Trochę symboliczne, trochę
okultystyczne (swego czasu mówiło się o „Spawnie”, jako serii satanistycznej, ale
komuś chyba pomyliły się pojęcia), mające w sobie też sporo komentarza
społecznego. Aż dziw, że przez tyle numerów rzecz nadal trzyma podobny, co na
początku poziom i nadal pozostaje spójna. Nie twierdzę, że sens się nie
pogubił, bo to nastąpiło już dawno, ale to bolączka wszystkich dłuższych cykli
komiksowych.
Wracając do tego tomu to jeszcze mamy tu powrót
McFarlane’a do pisania serii. Ten, co prawda wrócił już w 185 numerze, ale tam
sprawiało to bardziej wrażenie okazjonalnego powrotu by wprowadzić nowego
Spawna i uczcić dwusetny numer, a tu już leci na całego. Co prawda wspomagają
go inni scenarzyści, ale Todd znów bryluje. I całkiem fajnie mu to wychodzi i tu też mamy kolejny powrót, bo nowy Spawn, który nie zna swej przeszłości, znów odkrywanie, znów Violator, jako przewodnik, znów to, znów tamto... Szkoda
tylko, że nie on rysuje. Bo nasz rodak, Szymon Kudrański, może i operuje
mroczną, gęstą i realistyczną kreską, ale… Po pierwsze nie pasuje to do serii. Ginie
gdzieś jej klimat, jej widowiskowość i charakter. Po drugie jego prace są
jakieś takie bez serca, bez ducha. Wygląda to, jak przerabiane zdjęcia, a tam,
gdzie trzeba wprowadzić elementy własne, czuć jakiś dysonans. Poza tym Szymon
ma duży problem z ruchem, jego pracom brak dynamiki, nie czuje się, że postacie
mogłyby się poruszać, wszystko jest jakieś martwe, płaskie… No nie moja bajka. Fajnie,
że go doceniono, że rodak robił popularną serię z USA, ale nie wpada mi to w
oko i nie kręci mnie. Dobrze, że od kolejnego tomu dostaniemy innych rysowników
(w tym zresztą mamy już tego zapowiedź), szkoda jednak, że Kudrański będzie
jeszcze wracał…
Summa summarum, kolejny fajny tom serii. Nic
wybitnego, ale dobra rozrywka, lepsza od większości tasiemców. Fajne wydanie w
dobrej cenie też robi swoje. I tylko szkoda, że nie ma tu przedruku okładek, bo
te zawsze znakomite były (no i sentyment do nich mam, pamiętam, jak jako
dzieciak zobaczyłem późnym wieczorem na wystawie kiosku „Spawna 3/1998” od
TM-Semic – ciemno, czerń nieba, nikły blask światła latarni padającego na szybę
zamkniętego kiosku i ta okładka, grób, trumna, szczury i szalejący nocą Spawn,
robiło to wrażenie). Tym bardziej, że tu z okazji dwóch dekad istnienia serii
dostaliśmy cykl okładek będących hołdem dla różnych kultowych komiksów, od „Amazing
Fantasy #15”, przez „Strażników”, po te, które Todd robił kiedyś dla „Spider-Mana”.
No ale coś za coś, jest tanio i solidnie (ponad tysiąc stron w kolorze na
półkredowym, cienkim, ale jednak papierze) i tego właśnie mi było trzeba. A teraz
zostaje czekać na kolejny tom ze świetnymi, cenionymi opowieściami, jak „Satan
Saga Wars”, „Dark Horror”, „History of Spawn”, „Hell on Earth”, „Enemy Of The
State” czy wreszcie przełomowy podobno, trzysetny numer, bo jest na co.




Komentarze
Prześlij komentarz