Hine ciągnie to, czego Bendis w swoim evencie ukazać
nam już nie zdołał. Tak w skrócie można podsumować ten tom. I to nie jedno, bo
także to, co w „Rodzie M” wydawało się całkiem istotne, czyli alternatywne
życie Spider-Mana było co prawda pociągnięte w tie-inach, ale w samym evencie
okazało się nieco zaniedbane. A skoro był to jeden z nielicznych takich wątków
– Benids skupiał się na odmianie świata, a nie poszczególnych postaci, a tym
bardziej nie tych spoza świata X-Men – więc zdawało się, że wyjdzie z tego coś
istotniejszego. Ale rękawicę podjął twórca „Syna M”, czyli zarazem swoistego
aftermathu dla „Rodu” i jednocześnie jednego z najważniejszych elementów
kolejnego x-wydarzenia, czyli „Decimation” (Zdziesiątkowanych). I to podjął
godnie, bo wyszła mu naprawdę fajna, skupiona na bohaterach, depresyjna
historia dobrze pokazująca świat Marvela, a mutantów przede wszystkim, po tym,
co zrobiła Wanda.
Po ostatnich wydarzeniach większość mutantów
straciła swoje moce i teraz musi uczyć się, jak normalnie żyć. Wśród nich jest Pietro,
brat Wandy, niegdyś najszybszy człowiek na Ziemi, dziś cień dawnego siebie.
Chce coś zrobić, chce działać – niby dla innych, ale bardziej dla siebie –
pytanie jednak, co właściwie może? A przecież obok są inni, którzy ucierpieli w
Dniu M, może inaczej, ale wcale nie mniej, jak chociażby Spider-Man, który
wciąż pamięta życie u boku zmarłej ukochanej i nie może poradzić sobie z tym
teraz, szczególnie, że przecież ma całkiem inną żonę. A jaki to wszystko ma
związek z Inhumans i dokąd to doprowadzi?
„Ród M” był eventem, który trwał od czerwca do
listopada 2005 roku. „Decimation”, rzecz już na zdecydowanie mniejszą skalę,
zaczęło się w styczniu roku kolejnego. Finał „Rodu” był czymś, co odmienić
miało X-Men na długie lata, potrzeba było więc kolejnych historii, które ustalą
nowy status quo i wyznaczą kierunek. I jedną z takich opowieści jest właśnie
„Syn”. W sumie to tego, co na „Decimation” się składa, było sporo. Zaczęło się
one-shotem „Decimation: House of M - The Day After” i ciągnęło się przez
zarówno kilka numerów regularnych serii („X-Men”, „Wolverine”, „Uncanny X-Men”,
„Mutopia X”, „New X-Men”, „X-Factor”), jak i miniserii i serii „New Excalibur”,
„Generation M”, „X-Men: The 198” i „Sentinel Squad O*N*E”. No i „Syn M” oczywiście.
Więc czemu właśnie ta miniseria a nie inna? Cóż, raz, że to Pietro był siłą
napędową wydarzeń „Rodu M”, dwa, że to w sumie jedna z ważniejszych fabuł, po
której zaraz dzieje się „Mordercza geneza”, „Powstanie i upadek imperium Shi’ar”,
trylogia „Mesjasza” z „Wolverine’em” Aarona gdzieś pomiędzy, aż po „Wojnę
królów” i „Rozłam”. Więc jak widać znać trzeba, bo ważne, bo dobrze dopełnia to
wydawanie X-Men (szczególnie po polsku, gdzie chronologicznie to tak u nas
średnio jest) i…
Tak, bo warto. Bo fajna to rzecz. super, że mniej
tu akcji jako takiej, a więcej skupienia na postaciach. Nie, że nie ma tej
superbohaterszczyzny w ogóle, bo jest, ale Hine’a, tego gościa, który dobrze spisał
się pisząc choćby „Spawna” (gdzie doprowadził do finału większość wątków serii
i zafundował nam Armagedon) czy serię „Spider-Man Noir”, interesują tu
postacie, ich przemiana i to, co Pietro dzieli i łączy z jego ojcem. Fajnie gra
tu tymi kontrastami, fajnie bawi się depresyjną nutą i wszystkim, co ludzkie. I
opowiada rzecz o upadku herosa, która intryguje i ma w sobie coś, nawet jeśli nie jest to
wielki komiks i żadnym kultem otoczony nie jest i nie będzie.
Ale wystarcza, że to rzetelna robota, idąca w tony,
których za często w superhero nie ma i mającą w sobie sporo fajnej dojrzałości.
Do tego jeszcze ta szata graficzna Martineza, coś jak na styku prac Jae Lee i Jima
Woodringa (ale nie tego w klimatach jego undergroundowych dzieł, a raczej „Aliens:
Labirynt”), z przytłumionymi, szarymi barwami, która też robi robotę. No po
prostu dobry komiks (z wyśmienitą okładką) i tyle. Głównie dla fanów mutantów,
ale wcale nie tylko, bo miłośnicy Pajęczaka, Inhumans czy po prostu dobrego,
mniej typowego superhero, też znajdą tu coś dla siebie.



Komentarze
Prześlij komentarz