Amazing Spider-Man, tom 2 - J. Michael Straczynski, Fiona Kai Avery, John Romita Jr., John Romita Sr.

SENTYMENTY I TOTEMY

 

I jest drugi tom „Amazing Spider-Mana” Straczynskiego. A wraz z nim, w końcu , po długich latach niemal sam nowy materiał. Niemal, bo zeszyty #57-58 i 500-502 mieliśmy okazję czytać kiedyś w tomie „Superbohaterów Marvela”, wtedy za grosze, ale w kiepskim przekładzie. No a teraz mamy w końcu jak należy, z tym co poprzedza i z zapowiedzianym tym, co będzie dalej. I choć ten tom ma swoje słabsze momenty (gangsterka), nadal to kawał rewelacyjnej rozrywki, jednej z najlepszych, jakie przydarzyły się Pajęczakowi. A przy okazji oferujący dwie naprawdę bardzo ważne rzeczy – te wspomniane powyżej numery jubileuszowe, w których Peter jeszcze raz przeżywa swoje życie i spotyka… a sami zobaczycie, oraz historię o osie, rozwijającą temat pajęczych totemów i mitologii serii zbudowanej przez Straczynskiego już na samum początku jego runu.

 

W życiu Petera znów dzieje się, jak to u niego. Czyli źle. Wraca do NY bez MJ. Nie złapał też Otto. Poza tym po powrocie okazuje się, że nie zapłacił rachunku za telefon, więc odcięto mu linię, a jego numery padły na loterii z tym, że akurat nimi nie zagrał. Nie może zasnąć, ale po chwili zapada w sen. Wszystko za sprawą dr. Dooma, który przybył go ostrzec. Wędrują przez sen, gdzie wszystkie postaci to przebrana MJ. Doom zabiera go do świata niematerialnego i dziwnego pajęczego kształtu, do którego zszedł z drogi Peter przy okazji walki z Cieniem. To zejście z bezpiecznej drogi było, jak wejście do oceanu – Spider-Man stał się przez to częścią łańcucha pokarmowego, stracił bezpieczeństwo. Nie ważne skąd pochodzi jego moc, jest ona powiązana z pająkiem, a to jest jego totem, miara jego tożsamości. Gdy podąża za pająkiem, dziedziczy jego moce, ale i wrogów. A moce z tego świata przenikają do realnego. Doom musi znikać, ale każe zajrzeć Peterowi do książki do etymologii, a potem się modlić... I rzeczywiście, gdy Peter się budzi i to robi, jest w szoku. Trafia bowiem na wzmiankę o osie będącej największym naturalnym wrogiem pająków. Co gorsza owa osa, Shathra, zjawia się w naszym świecie, a na Spidera czeka największe starcie w jego życiu. Starcie, które może zrujnować mu życie i zagrozić związkowi z Mary Jane, a które ponownie stawia na jego drodze Ezekiela. Teraz na Petera czeka wyprawa do Ghany w celu poznania kolebki pajęczych mocy i losów ich pierwszego posiadacza. Co gorsza Shathra nie jest jeszcze najgorszym, z czym będzie musiał się zmierzyć….

 

Tajemnice, pytania, rewolucje i akcja. Tak w skrócie przedstawia się ten tom „Amazing Spider-Mana”. Tom, na który każdy fan musiał czekać z niecierpliwością, bo w końcu na jego stronach pada kilka odpowiedzi, a my jeszcze głębiej wnikamy w tematykę totemów i genezę pajęczych mocy, która jest całkowicie odmienna od tego, co wiedzieliśmy od samego początku.

 


Straczynski, swoim zwyczajem, na początek serwuje nam opowieść, która jest jednocześnie świetnym komiksem superbohaterskim, pełnym epickich walk, zagrożeń i przygód, a zarazem pozostaje bardzo bliska życia i zwykłym, codziennym sprawom. Shathra atakuje Petera nie tylko na polu superbohaterskim, ale i prywatnym, a bardziej obyczajowa strona opowieści jeszcze intensywniej widoczna jest w ostatnim zeszycie, gdzie na czytelników czeka humor, akcja, sporo prawd, równie wiele psychologii, a nawet znalazła się nawet porcja wzruszeń.

 

Trochę słabiej robi się w środkowej części tomu, kiedy mamy ten gangsterski wątek. Kolejny wróg, kolejna akcja… nadal czyta się to dobrze, ogląda świetnie, ale prawdziwą przyjemność dają tylko sceny z Peterem i MJ dziejące się zaraz potem. Jest w nich prawda, świetna psychologia, trafiający do serca romans… Szkoda tylko, że jest ich tak niewiele. Lepiej jednak jest dalej, kiedy Straczynski wraca na stricte obyczajowy grunt. I nawet znów wątek z uczennicą z problemami nie zawodzi ani trochę.

 


No a potem jest jeszcze ta jubileuszowo-urodzinowa fabuła, gdzie Peter ma urodziny, ale świętować nie ma czasu, bo potężny wróg i problemy i… No i akurat o ile sama akcja jakaś super nie jest, to sentymentami stoi to wszystko, świetnie sobie radzi, bardzo dobrze wypada – tu nawet na chwilę do rysowania wraca zmarły już obecnie John Romita Sr. – ojciec rysownika tego tomu i jednocześnie jedna z legend pracujących przed dekadami przy „Spider-Manie”, co fajnie koresponduje z tym, co dzieje się na stronach. No a Jr. i Sr. Obaj świetne rzeczy robią – choć do tego drugiego współczesna kolorystyka nie pasuje i jakoś odbiera magię jego pracom – i mi to wpada w oko. Romita Jr. ma styl dość wymagający, czasem koślawy, czasem niechlujny, dziwne proporcje i w ogóle i może się nie podobać (pamiętam, jak kiedyś, na początku mojej przygody z jego kreską w ogóle mi to nie podeszło, ale z czasem coś mi tu wpadło w oko, coś kupiło i do dziś totalnie uwielbiam te jego graficzne osobliwości), ale… No można nie lubić, ale charakteru i własnego stylu odmówić się mu nie da.

 

A sam komiks świetny jest i tyle. Znakomicie wydany na dodatek. Warto, nawet jeśli nie przepadacie za superhero. 

Komentarze