Aquaman: Kroniki Atlantydy – Peter David, Esteban Maroto

 WODNE POCZĄTKI

 

Peter David to nazwisko, które w świecie komiksu kojarzy się przede wszystkim z „Hulkiem”. No bo to tym bohaterem zajmował się przez dwanaście lat (a potem jeszcze wracał do tej postaci okazjonalnie, co zresztą robi po dziś dzień), jego najmocniej zrewolucjonizował i jeszcze pokazał w tej serii, że nawet idąc głównym nurtem można pisać dobrze, a sprawach ważnych, ważkich i zaangażowanych, nie zapominając o psychologii postaci. Ale ten gość nie ograniczył się tylko do Sałaty i w swojej karierze pisał właściwie wszelkie możliwe serie, od „Supermana” i „Batmana” (tu jednak napisał tylko jedną książkę, nie scenariusze komiksów), przez „Spider-Mana” i „Avengers”, na „X-Factor” i „Fantastycznej Czwórce” skończywszy. No i zrobił też „Aquamana”, kolejne ważne dzieło w swojej karierze, które ciągnął przez pięć lat, ale zanim zajął się główną serią, napisał niniejszą miniserię. I w sumie to chyba największe i najlepsze dzieło o tej postaci – a raczej jego świecie – jakie powstało i jeśli mielibyście sięgnąć po jeden aquamanowy komiks, to właśnie „Kroniki Atlantydy” powinny nim zostać.

 

Akcja opowieści zabiera nas na wieki przed wydarzeniami, które znamy z najwcześniejszych historii o Aqumanie. Wszystko po to, by ukazać nam dzieje Atlantydy, krainy pogrzebanej pod wodą, której udaje się na morskim dnie nie tylko przetrwać, ale i rozkwitnąć. I ten rozkwit, a także kolejne problemy, przetasowania, zmiany i wszystko, co Atlantydę spotykało przez wieki, aż do narodzin Aqumana, zostało tu pokazane z kronikarskim zacięciem.

 

Więc tak: ten komiks jest tym dla „Aqumana”, czym „The World of Krypton” jest dla „Supermana”. To wielki prolog, pokazujący nam to co było na długo przed – przed bohaterem i przed znanymi nam dotąd wydarzeniami – i stanowiący fascynujące, samodzielnie dzieło. Ale „Kroniki Atlantydy” są od „Świata Kryptona” o wiele lepsze. I przede wszystkim inne. Tamto to było oldschoolowe retro SF, tu mamy do czynienia z czystej wody fantasy, takim mocno zmitologizowanym, czasem iście conanowym, czasem baśniowym, ale nie bajkowym, bynajmniej.

 


Dlaczego nie? Bo rzecz jest dojrzała, naprawdę – nie tylko jak na rok 1990, w którym wyszła. To opowieść, w której nie brakuje ani seksu, ani przemocy. Jest erotyka, jest krew, ale przede wszystkim magia fantastycznej historii, przygody, walki, zagrożenia i świetne ukazany, intrygująco zaludniony podwodny świat. Tu to, co niezwykłe, spotyka się z jakąś taką niemalże historyczną nutą, jak w legendach, podaniach czy mitach. Tę nutę zresztą podkreślają pojawiające się czasem w trakcie książkowe opracowania na temat Atlantydy, niby drobiazg, a też wart docenienia. Tak samo jak znakomite, klasyczne rysunki. Czysta kreska, realizm, bogactwo detali i świetna kolorystyka robią tu swoje. Od pięknych widoków i bogactwo strojów, przez dziwaczne stworzenia i zatopione budowle, po silnych mężczyzn i seksowne kobiety – wszystko oddane jest znakomicie.

 


No i jeszcze wydanie… Tu chapeau bas dla wydawcy, bo album na polskim rynku świeży – wydany w marcu tego roku, w czasach, gdy drożyna szaleje i wszędzie ceny rosną – a jednak opasły i tani. Niemal 330 stron, kredowy papier, kolor, twarda oprawa, a Hachette wzięło i wypuściło to za niespełna 45 zł ceny okładkowej. Dla porównania kilka lat wcześniej Eaglemoss, wydając wcześniejszą kolekcję komiksów DC, podobnej grubości komiks wypuściło jako wydanie specjalne za 119 zł (podczas gdy mieliśmy już na rynku lepiej wydaną jego edycję od Egmontu za dużo niższą cenę). Zresztą tak obszerne i tak wydane komiksy Egmont serwuje nam za jakieś 150 zł, a Mucha pewnie jeszcze bardziej by zaszalała, więc…

 

Więc jeśli będziecie mieli okazję, bierzcie w ciemno. Świetna rzecz, jeden z najlepszych tomów kolekcji i po prostu znakomity komiks. Nawet dla tych, którzy – jak ja – za Aqumanem nie przepadają.

Komentarze