Peter David to nazwisko, które w świecie komiksu
kojarzy się przede wszystkim z „Hulkiem”. No bo to tym bohaterem zajmował się
przez dwanaście lat (a potem jeszcze wracał do tej postaci okazjonalnie, co
zresztą robi po dziś dzień), jego najmocniej zrewolucjonizował i jeszcze
pokazał w tej serii, że nawet idąc głównym nurtem można pisać dobrze, a sprawach
ważnych, ważkich i zaangażowanych, nie zapominając o psychologii postaci. Ale
ten gość nie ograniczył się tylko do Sałaty i w swojej karierze pisał właściwie
wszelkie możliwe serie, od „Supermana” i „Batmana” (tu jednak napisał tylko
jedną książkę, nie scenariusze komiksów), przez „Spider-Mana” i „Avengers”, na
„X-Factor” i „Fantastycznej Czwórce” skończywszy. No i zrobił też „Aquamana”,
kolejne ważne dzieło w swojej karierze, które ciągnął przez pięć lat, ale zanim
zajął się główną serią, napisał niniejszą miniserię. I w sumie to chyba
największe i najlepsze dzieło o tej postaci – a raczej jego świecie – jakie powstało
i jeśli mielibyście sięgnąć po jeden aquamanowy komiks, to właśnie „Kroniki
Atlantydy” powinny nim zostać.
Akcja opowieści zabiera nas na wieki przed
wydarzeniami, które znamy z najwcześniejszych historii o Aqumanie. Wszystko po
to, by ukazać nam dzieje Atlantydy, krainy pogrzebanej pod wodą, której udaje się
na morskim dnie nie tylko przetrwać, ale i rozkwitnąć. I ten rozkwit, a także
kolejne problemy, przetasowania, zmiany i wszystko, co Atlantydę spotykało
przez wieki, aż do narodzin Aqumana, zostało tu pokazane z kronikarskim zacięciem.
Więc tak: ten komiks jest tym dla „Aqumana”, czym „The
World of Krypton” jest dla „Supermana”. To wielki prolog, pokazujący nam to co
było na długo przed – przed bohaterem i przed znanymi nam dotąd wydarzeniami – i
stanowiący fascynujące, samodzielnie dzieło. Ale „Kroniki Atlantydy” są od „Świata
Kryptona” o wiele lepsze. I przede wszystkim inne. Tamto to było oldschoolowe
retro SF, tu mamy do czynienia z czystej wody fantasy, takim mocno
zmitologizowanym, czasem iście conanowym, czasem baśniowym, ale nie bajkowym,
bynajmniej.
Dlaczego nie? Bo rzecz jest dojrzała, naprawdę –
nie tylko jak na rok 1990, w którym wyszła. To opowieść, w której nie brakuje
ani seksu, ani przemocy. Jest erotyka, jest krew, ale przede wszystkim magia
fantastycznej historii, przygody, walki, zagrożenia i świetne ukazany,
intrygująco zaludniony podwodny świat. Tu to, co niezwykłe, spotyka się z jakąś
taką niemalże historyczną nutą, jak w legendach, podaniach czy mitach. Tę nutę zresztą
podkreślają pojawiające się czasem w trakcie książkowe opracowania na temat
Atlantydy, niby drobiazg, a też wart docenienia. Tak samo jak znakomite, klasyczne
rysunki. Czysta kreska, realizm, bogactwo detali i świetna kolorystyka robią tu
swoje. Od pięknych widoków i bogactwo strojów, przez dziwaczne stworzenia i
zatopione budowle, po silnych mężczyzn i seksowne kobiety – wszystko oddane
jest znakomicie.
No i jeszcze wydanie… Tu chapeau bas dla wydawcy,
bo album na polskim rynku świeży – wydany w marcu tego roku, w czasach, gdy
drożyna szaleje i wszędzie ceny rosną – a jednak opasły i tani. Niemal 330
stron, kredowy papier, kolor, twarda oprawa, a Hachette wzięło i wypuściło to
za niespełna 45 zł ceny okładkowej. Dla porównania kilka lat wcześniej
Eaglemoss, wydając wcześniejszą kolekcję komiksów DC, podobnej grubości komiks
wypuściło jako wydanie specjalne za 119 zł (podczas gdy mieliśmy już na rynku
lepiej wydaną jego edycję od Egmontu za dużo niższą cenę). Zresztą tak obszerne
i tak wydane komiksy Egmont serwuje nam za jakieś 150 zł, a Mucha pewnie jeszcze
bardziej by zaszalała, więc…
Więc jeśli będziecie mieli okazję, bierzcie w
ciemno. Świetna rzecz, jeden z najlepszych tomów kolekcji i po prostu znakomity
komiks. Nawet dla tych, którzy – jak ja – za Aqumanem nie przepadają.




Komentarze
Prześlij komentarz