Wraz z końcem tego roku wraca do nas po raz kolejny
ostatni tom „Sandmana”. Cała seria wznowiona została w nowej, spójnej szacie
graficznej, fajnie to to wygląda, ale przede wszystkim liczy się to, co w
środku. A tam naprawdę dobrze jest, momentami rewelacyjnie, może nie tak wybitnie…
No, ale o tym pisałem nie raz omawiając poprzednie tomy, a tu nie ma sensu do
tego wracać, bo świetne to jest. Godne podsumowanie i dopełnienie sagi, w
którym nie ma epickiej akcji ani szybkiego tempa, ale i tak to, co serwuje nam
Gaiman, robi robotę i działa na czytelnika.
Morfeusz, Sandman, Sen z Nieśmiertelnych, nie żyje.
Ale żyje kolejny Sen z Nieśmiertelnych, który zajął jego miejsce – a który nie
ma prawa używać imienia Morfeusz. A wraz z nim nadchodzi czas zmian, bo po
ostatnich wydarzeniach pozostał bałagan, pozostały trupy, których część na
pewno chciałaby wrócić do życia i problemy, którym stawić trzeba czoła.
Zanim to jednak nastąpi, trwają przygotowania do
pogrzeb. Nieskończeni spotykają się w sennej krainie na wezwanie, ale nie są
sami. W tym miejscu zjawiają się właściwie wszyscy, by oddać hołd Morfeuszowi i
poprowadzić go w tej ostatniej drodze. Ale to nie wszystko…
„Sandman” jako taki skończył się w ostatnim tomie. To
tam umarł główny bohater (pogrzeb zresztą widzieliśmy tom wcześniej, a choć nie
było podane czyj on jest, chyba każdy doskonale to wiedział), a jego miejsce
zajął inny. Koniec, finisz, a teraz… Nie, nie nowy początek, choć trochę tego
jest, a epilog. Czy raczej kilka epilogów, ale o tym już sami się przekonacie. To,
co jednak czeka na Was w tym tomie, to powrót do wszystkiego, co już było. Każda
ważna dla serii postać się pojawia (nawet Batman), echa wydarzeń rozbrzmiewają w tej części
mocno i nostalgicznie (Szekspirem też to znów leci, co mnie niezbyt cieszy, bo
to zawsze u Gaimana najsłabsze było, ale daje radę tym razem) i tak jakoś
wywołuje żal, że to już koniec.
No świetnie się to czytało. Tylko pięć zeszytów, a
udało się Gaimanowi domknąć, dopowiedzieć i jeszcze raz dać nam przeżyć to, co
u niego najlepsze. Świetnie, literacko to wszystko napisane, znakomicie
przełożone (choć z tym tytułem to tłumacz miał ciężki rzecz do zgryzienia i nie wywiązał się najlepiej, w
końcu oryginalne „Wake” to nie tylko „Przebudzenie”, ale i „Czuwanie” i „Stypa”
i tej wieloznaczności, tak świetnie oddającej zawartość jednak uchwycić się nie
udało, tym bardziej, że przebudzenie akurat najmniej tu pasuje) i wyśmienicie zilustrowane. Aż żal, że tak nie wyglądał poprzedni,
rewelacyjny tom, dobrze jednak, że finał zdołał wrócić do tego, co najlepsze i
mamy realistyczne, baśniowe, nastrojowe rysunki, które z jednej strony
kontynuują to, co już znamy, a z drugiej wprowadzają jakiś taki lżejszy,
jaśniejszy ton do serii, jakby jej nastrój zmienił się niczym kolory głównego
bohatera.
W skrócie: warto. Fajnie było, naprawdę. Tak ogólnie
z całą ta serią. Czasem narzekałem, czasem chciałem, żeby daną opowieść Gaiman
już skończył, bo mimo fajnego stylu, treść nijak mi nie podchodziła, ale ogół
był znakomity i jeszcze kiedyś chętnie wrócę do tego wszystkiego. Dobrze, że po
latach znów spotkałem Sen, uzupełniłem kolekcję i poznałem wszystko, co w temacie
stworzył Gaiman („Sandmana Uniwersum” itp., które jedynie nadzorował, nie
wliczam).




Komentarze
Prześlij komentarz