The Return of Superman – Roger Stern, Jackson Guice, Louise Simonson, Jon Bogdanove, Dan Jurgens, Karl Kesel, Tom Grummett, Gerard Jones, Mark Bright
Był rok 1996, a ja miałem niespełna osiem lat,
kiedy zacząłem kupować z TM-Semic coś więcej, poza dotychczasowego
„Spider-Mana”. A tym czymś więcej stały się wówczas dwie serie – „Batman”, w
którym powoli kończył się „Knightfall” i „Superman”, gdzie trwały „Rządy
Supermenów”. I właśnie wtedy to z Superkiem a nie Batkiem zostałem na dłużej.
Jakoś bardziej mi to podeszło, miało w sobie coś, a koncept czterech
tajemniczych Gości ze Stali, którzy naprawdę fajnie wyglądali robił robotę.
Poza tym to był mój pierwszy kontakt z Supermanem, więc został mi spory
sentyment, acz przyznam, że od tamtej pory do historii nie wracałem. A teraz,
niemal trzy dekady później (i równo trzy dekady po premierze tej fabuły) – po
niezbyt udanych próbach odkrycia na nowo „Śmierci Supermana”, która okazała się
jednak kiepską rozrywką, wracam, w końcu uzupełniając opowieść i… i „Rządy
Supermenów” nadal są dobre, nadal fajnie robią i nadal warto je przeczytać.
Więc tak: najpierw pojawił się niejaki Doomsday,
stwór, którego powstrzymać się nie dało i żeby go zabić, Superman poświęcić
musiał własne życie. Ale po śmierci nie każdy w zgon wierzył, a ci, którzy
wierzyli, chcieli albo skorzystać z okazji i pójść przestępczą drogą bez obaw, albo wykorzystać zwłoki Superka do swoich celów (ot choćby
sklonować, bo nie można tak zostawić Metropolis bez obrońcy). Ale udało się ich
powstrzymać, ciało wróciło do grobu, a jednocześnie „ojciec” Człowieka ze
Stali, który sam niemal zmarł z powodu zawału, wrócił do życia i to z
wiadomością, że sprowadził z zaświatów swojego syna i…
No i tu się wszystko zaczyna, bo owszem, Superman
wraca, ale nie jest jeden – ot na raz pojawia się czterech takich, a każdy inny.
Pierwszy odradza się w lodowej fortecy z dziwnej, jakby energetycznej formy. Drugim
okazuje się być nastolatek twierdzący, że jest klonem Człowieka ze Stali. Trzeci
zaś to dziwny pół człowiek, pół maszyna, podający się za Supermana z ciałem
cyborga, a czwarty to odziany w stalową zbroję człowiek z młotem. Czy wśród
nich może kryć się prawdziwy Człowiek ze Stali? I jakie tajemnice kryje cała
czwórka? Zaczynają się rządy Supermenów i nikt nie jest gotowy na to, co
nadciąga….
Niby to „Powrót Supermana”, ale jednak „Rządy”. Kiedy w oryginale wychodziła cała ta opowieść o
śmierci i odrodzeniu Człowieka ze Stali, podzielona
została na trzy sagi. Pierwsza z nich, czyli ta „Śmierć” właśnie (nazywana
czasem „Doomsday Sagą”) to rzecz słaba, ale ważna. Bo raz, że pokazała, iż
można zabić i ożywić głównego bohatera i zrobić z tego gigantyczne wydarzenia,
które będą komentować media, a co za tym idzie zbić na tym kasę (Marvel to
podłapał i robi po dziś dzień nawet kilka razy do roku), dwa – dała początek
całej masie naśladownictw (na fali popularności tej historii wyrósł choćby „Knightfall”
czy „Saga klonów”, a same te wątki do dziś pobrzmiewają w różnych „Superowych”
seriach). Potem był „Pogrzeb przyjaciela”, a po nim „Rządy Supermanów”, które w
ostatnich latach przy zbiorczych wydaniach podzielono na „Rządy” i „Powrót
Supermana”, a które czasem, jak w tym tomie, zbierano po prostu jako „The Return
of Superman” właśnie.
Ale to nomenklatura, a wracając do samej opowieści
no fajna jest i tyle. Jest akcja, jest sporo gadania, jak to w tamtych czasach
i jest ta atrakcja serii, czyli czterej Supermani, każdy inny, fajnie
wykreowany, pomyślany, z sekretami, na rozwiązanie których się czeka. Kiedy czytałem
to za dzieciaki, Cyborg-Superman zrobił na mnie największe wrażenie i to się
nie zmieniło, ale uwielbiam tam też Steela o jeszcze jedną, piątą postać, czyli
Superka w czarnym kostiumie, który pojawia się w trakcie akcji. A ta akcja to
naprawdę konkretna, im dalej, tym bardziej epicko. Jest rozwałka, są fajnie
nakreślone różne charaktery, jest też jakiś pomysł na to wszystko, nie to co w „Śmierci”,
gdzie niby gigantyczne zagrożenie i rozwałka, a jednak wysilona i bez polotu. A
tu mamy na co popatrzeć, bo ciągle coś ulega zniszczeniu, tu jakieś supermoce,
tam strzelaniny, kosmiczny statek, wybuchy, cyborg, gość w zbroi naparzający
młotem… Ambicji w tym szukać nie ma co, ale za to rozrywka jest udana. Ot coś
na poziomie „Knightfalla” właśnie, ale tego pierwszego, gdzie najciekawiej było
i bez na siłę rozwlekania, z bardzo fajną szatą graficzną (wszyscy dobrze tu
wypadają, ale np. taki Grummett ci Jurgens, kiedy jego ołówek pokrywa Breeding
to w ogóle świetnie robią) z prostym, ale widowiskowym kolorem. No bardzo przyjemna
klasyka i tyle, w której może czasem i błędy się zdarzają, ale przymyka się na
nie oko bardzo chętnie.
A co do samego wydania, to ten tom ma sporo mniej
materiału, niż dwutomowe wydanie tych samych historii, ale nie ma to znaczenia.
Dlaczego? I co pominięto? Choćby okładki zeszytów – trochę żal, ale bywa –
dodatki, jak szkice i im podobne i Annuale z tymi czterema Superkami, ale przedstawiające
dziejącą się zupełnie gdzieś z boku historię, która nie ma wpływu na
wydarzenia. Więc w sumie kto lubi jak najbardziej kompleksowo, nawet jeśli zbędnie,
to niech szuka tego pięciotomowego wydania całej „Śmierci i odrodzenia Supermana”
(bo tam więcej materiałów niż w omniaku nawet i jeszcze jest ten ostatni, dodatkowi
tom sequela o Doomsdayu), ale każdy, kogo ciekawi sama opowieść, sam event i
jego sedno, śmiało niech sięga po omnibusa albo dwutomową edycję, której drugi
tom tu właśnie omówiłem.
A na koniec jeszcze taka ciekawostka, bo ten tytuł „Reign
of…” w sumie ma w sobie jeszcze jedno fajne znaczenie. Otóż w roku 1933, na
pięć lat przed ukazaniem się pierwszego komiksu o Supermanie, jego twórcy,
czyli Jerry Siegel i Joe Shuster stworzyli (znaczy napisał ten pierwszy, drugi
tylko to zilustrował) opowiadanie fantastyczne „Reign of Superman”. Z
Supermanem, którego znamy dziś, nie miało to w sumie nic wspólnego, ale od tego
zaczęła się droga obu gości do stworzenia Człowieka ze Stali, a tym samym
całego gatunku superhero jako takiego. Zresztą ten tytuł potem wykorzystywano
jeszcze, jak chociażby w „Rain of the Supermen” z 2007 roku, ale to już
zupełnie inna historia.




Komentarze
Prześlij komentarz