Didier Tarquin. No nie powiem, że uwielbiam gościa,
bo w sumie to tylko jeszcze jeden komiksowy wyrobnik i znam masę autorów
zdecydowanie od niego lepszych. Ale nie każdy musi być najlepszy, nie musi być
wybitnym, ani jakoś bardzo wybijać się ponad pozostałych, bo czasami wystarcza
po prostu trafić w czyjś gust czy dostarczy dobrej rozrywki. I właśnie taką
dotąd zapewniały mi komiksy Tarquina – a przynajmniej te przez niego rysowane.
I ceniłem tam sobie jego rysunki (mówię o seriach o Lanfeuście), ale trafiały
do mnie też fabuły, pisane przez Christophe’a Arlestona. Więc zastanawiałem
się, jak „OKP Dolores” wypadnie, bo tym razem to Tarquin – a właściwie
Tarquinowei – wzięli się również za treść. Ale jest spoko. A nawet całkiem
przyjemnie.
Niegdyś była zakonnicą. Potem odziedziczyła po ojcu
statek piratów. Teraz, po wszystkich tragediach, jakie ją spotkały, po
wszystkich tych stratach i żalach, przemierza z przyjaciółmi kosmos, chcąc
zostawić za sobą wszystko, co dotąd miała na głowie. Ale, jak się można domyślić,
problemy nie chcą jej zostawić. Nasi bohaterowie rozbijają się więc na obcej
planecie, a miejsce to skrajnie niegościnne. Do tego Mona jest w ciąży, poród
zbliża się nieubłaganie, a zagrożenie z każdą chwilą staje się coraz większe i bardziej
namacalne…
Jak Wam brzmi ten komiks? Dla mnie, jak taka jazda
bez trzymanki, nie do końca na poważnie, za to z całą masą pomysłów. Ale czy
tak właśnie jest? Nie do końca. Tarquinowie to nie spece od fabuł. Ilustrując scenariusze
innych, zdobyli doświadczenie i wiedzą już, co i jak. Ale mistrzami nie są.
Więc ich fabuła jest szybka, pełna akcji, a także – co uważam w tym wypadku za
plus – dość oszczędna w dialogach. Wiedzą, że lepiej idzie im (bo Didier
rysuje, Lyse koloruje) opowiadanie obrazem i to właśnie robią. I fajnie to
robią.
Co do samej treści, trochę żałuję, że jakoś nie
było tu humoru. A może inaczej – niby był, ale jakiś taki blady, nieśmieszny, a
przynajmniej mnie nieśmieszący. Nie jest tu duży zarzut, właściwie można rzec,
że tej historii zbędne są żarty, niemniej po wszystkich tych seriach z „Troy”
oczekiwałem, że coś jednak mocniej autorzy zostaną w tym klimacie. Ale powiem,
że ta szalona akcja, taka nonszalancja i luz mi odpowiadają. I wchodzą bardzo
przyjemnie, nawet jeśli bezrefleksyjnie. I nieważne, czy czytacie to wszystko
od początku i tu kończycie, bo to finałowy tom, czy może dopiero teraz
zaczęliście. Zgubić się nie zgubicie.
A największą atrakcja pozostają rysunki. Fajne,
lekkie, cartoonowe, ale ze sporą dawka realizmu, widowiskowe przy okazji i z
bardzo przyjemnym kolorem, w którym jest sporo klasycznej prostoty – takiej w
najlepszym tego słowa znaczeniu. Fajnie, że nie ma tu szafowania komputerowymi
efektami, nie ma efekciarstwa, jest za to naprawdę dobra, rzetelna, może i rzemieślnicza,
ale całkiem udana robota.
Więc polecam. Fanom wszystkich tych serii o
Lanfeuście z Troy (a raczej ogólnie o tym świecie) i wszystkim tym, którzy
lubią europejskie science fiction w graficznej formie. „OKP Doloroes” (te OKP
to skrót od Okrętu Kosmicznego Piratów i to sporo o samej serii nam mówi) to
przyjemna, lekka, szybka i jednocześnie ładnie wydana (twarda oprawa trochę
zbędna przy tej ilości stron, acz ładnie wygląda, nie przeczę).



Komentarze
Prześlij komentarz