Prosta to gra, bardzo prosta. I skierowana przede
wszystkim do młodych odbiorców, więc tak jakoś nigdy mnie do tej serii zbytnio
nie ciągnęło. Lubię prostotę, ale akurat nie wyglądało mi na to, by „Pędzące
żółwie” należały do tego jej rodzaju, który jakoś szczególnie by mnie kupił.
Ale że jestem człekiem co świąteczne klimaty lubi, a to gra właśnie tego typu,
skusiłem się. I nie żałuję, bo fajne było, sympatyczne, urocze i nawet, jeśli
nie z zachwytu na kolana nie padłem, uznaję „Pędzące żółwie: Wyścig do choinki”
za udaną planszówkę dla całej rodziny.
Nadeszła Wigilia Świąt Bożego Narodzenia. Śnieg,
prezenty, kolędy i… Tak, zwierzęta mówiące ludzkim głosem. A wśród nich są
żółwie. I te żółwie wypatrzyły właśnie, co czeka na nie pod choinką – sałata!
Ich ukochany przysmak. I do tego jak pięknie zapakowany! No i się zaczyna!
Zjadłoby się ją, ale trzeba do niej dotrzeć. I wyprzedzić konkurencję! Więc
nasze żółwie ruszają w drogę, ścigając się do sałaty, ale kto wygra?
Za „Pędzące żółwie” odpowiedzialny jest legendarny
projektant gier, Reiner Knizia. Z nazwiska możecie go nie kojarzyć, albo
przynajmniej nie od razu, ale tytuły, nad którymi pracował, już tak. Bo to on
dał nam takie gry, jak „Zaginione Miasta” czy „Eufrat i Tygrys”. A jeszcze ile
licencjonowanych stworzył, bo to jemu zawdzięczamy np. „Władcę Pierścieni” czy
adaptacje naszych rodzimych komiksów, jak „Kajko i Kokosz: Szkoła latania” i „Tytus,
Romek i A'Tomek”. No i on też wymyślał „Pędzące żółwie”, których trochę części
już się nam uzbierało.
Jak pisałem już na wstępie, prosta to gra. Ot do rozegrania w dwadzieścia minut, w dwie do pięciu osób, tak już od piątego roku życia. Pudełeczko jest spore, ale elementów w nim w zasadzie niewiele. Bo tak, mamy planszę, a na tej planszy w sumie dziesięć tylko pól do pokonania – wliczając start i metę. A by te pola pokonać, potrzebne są nam karty, które decydują o tym, jak i gdzie (w przód czy w tył) się poruszamy oraz ile pól ten ruch obejmuje. A ruszamy się, oczywiście, żółwiami, różnokolorowymi, bardzo sympatycznie wykonanymi. I tak dążymy do celu. Powoli, a zarazem szybko. No i, co ważne, możemy trudność tej gry stopniować, bo zasady pozwalają nam rozegrać partyjkę zarówno łatwiejszą, dla młodszych odbiorców, jak i nieco trudniejszą dla tych starszych.
Żadnego skomplikowania, szybka, prosta zabawa familijna.
Największy jej plus to ten zimowo-świąteczny klimat, który lubię, a który tu
mamy. Nie jest to gra, która wessałaby mnie na wiele godzin, raczej to takie
coś do przyjemnego rozegrania w wolnej chwili, bez większych zobowiązań, ale sprawdza
się dobrze. Do tego mamy bardzo ładnie wykonane elementy, z drewnianymi, mocno barwnymi
żółwikami na czele i ogólny urok całości, który dzieciom z miejsca rzuci się w
oczy, kupi ich, a jednocześnie dorosłym nie wyda się jakoś infantylnym.
W skrócie, cieszę się, że zagrałem. Nie żałuję, że
nie ograłem poprzednich części, znajomość tych nie jest zresztą konieczna, by rozegrać
tę część, ale zadowolony jestem z zabawy, jaką dostarczyła mi świąteczna
odsłona. I co tu dużo mówić, jeszcze chętnie do niej wrócę. Oczywiście w
gwiazdkowej atmosferze już, wtedy pewnie będę – będziemy – bawili się jeszcze
lepiej.


Komentarze
Prześlij komentarz