Wreszcie mamy „Scotta Pilgrima” po polsku. Zeszło
się, ale jest i jest się z czego cieszyć, bo seria zacna, na poziomie i w
ogóle. No takich rzeczy nam potrzeba i tyle. Niby nie brak nam różnych serii
dla dojrzalszych, dla ambitniejszych, dla tych, co lubią, jak jest bliżej życia
i tak dalej, ale „Scotta” nam brakowało. I co mogę powiedzieć po tej premierze?
Że warto znać, ba, znać trzeba, bo to rzecz kultowa i w ogóle, ale niestety polskie wydanie pozostawia bardzo dużo do życzenia.
Ale zanim konkrety, kilka słów o treści. Scott
Pilgrim ma 23 lata i w sumie dość poukładane to swoje życie. Ma swoich
znajomych – na jednym to właściwie żeruje – ma band, pracy co prawda brak, ale
za to umawia się (w niewinny sposób) z o sześć lat młodszą licealistką. I wszystko w sumie byłoby
dobrze (poza tym narzekaniem wszystkich, że ma za młodą dziewczynę), gdyby nagle w jego życiu nie pojawiła się inna dziewczyna, niejaka Flowers, która wszystko
wywraca do góry nogami i… No i dopiero się zaczyna!
Jeśli widzieliście film, znacie już tę historię. Akurat
kinowa produkcja, swoją drogą bardzo udana, dość wiernie, choć ekspresyjnie
zarazem, podążała za komiksowym pierwowzorem. Tu jednak mamy to ujęte jeszcze
lepiej, jeszcze ciekawiej, niby komediowo, ale i z czymś chwytającym za serce. Jest
romantycznie, ale nie kiczowato, jest życiowo, choć wiadomo, wszystko to
przepuszczone jest przez pryzmat krzywego zwierciadła. No i przede wszystkim
jest ciekawie, jest sympatycznie i…
… no i fajnie narysowane też. W tej historii na
każdym poziomie rządzi prostota (fabuła też jest prosta, a na tym etapie
sprawia wrażenie rzeczy skupionej na wprowadzeniu nas w postacie, ich losy i
temat i tak się czuje, że gaz dociśnie dopiero potem) i rysunki też są proste. Cartoonowe,
uproszczone, ale nastrojowe, nie bojące się zarówno czerni, jak i czasem
detalu. No i czarnobiałe to jest, warto pamiętać. Mi ta forma odpowiada jak
najbardziej, ale kolorowe wydanie tej serii też ma swój urok, więc jeśli
liczyliście, że dostaniecie barwne wydanie, niestety.
No i docieramy do wydania jako takiego właśnie, bo
o tym niewiele da się tak naprawdę dobrego powiedzieć. Tłumaczenie jest spoko,
nie czepiam się (choć nie porównam z oryginałem, bo w rękach nie miałem tegoż),
czyta się to dobrze, ale… Rzecz wydana jest w małym formacie, jak standardowe
mangi, z kartonową okładką (coś jak „Dragon Ball”), ale na gorszym niż mangi
papierze, z drukiem pachnącym, by nie rzec śmierdzącym, jak „Giganty” (kwaśna
woń gryzie w nos mocno, mocniej nawet niż w „Gigantach” właśnie). No i jeszcze
tam, gdzie mamy białe litery na czarnym tle, tusz rozmazuje niektóre z nich (nie
mówię, że maże się na palcach, ale literaty w nowym egzemplarzu częściowo były niewyraźne,
choć na stronach przykładowych w sieci mamy idealnie białe). I wszystko to
byłoby do przeżycia, gdyby jeszcze z taką jakością szła w parze dobra cena, ale
nie, za tomik płacimy dwa razy tyle, co za taką samą objętością, ale o wiele
lepiej wydaną mangę…
No i po wszystkim cieszę się, że przeczytałem, ale obawiam
się, że z takim podejściem do wydania Nagle Comics może długo z tą serią nie
pociągnąć. A szkoda, bo świetna rzecz, warta poznania i posiadania, ale… No
cóż, może poprawią się od drugiego tomu, w co jednak wątpię, ale niesmak jakiś
pozostanie. A ja, jeśli sięgnę dalej – a chętnie sięgnę – zainwestuję jednak w
oryginalne wydanie.



Komentarze
Prześlij komentarz