Scott Pilgrim i jego cudowne życie #1 – Bryan Lee O'Malley

W KOŃCU PIELGRZYM ZAWITAŁ DO POLSKI, ALE...

 

Wreszcie mamy „Scotta Pilgrima” po polsku. Zeszło się, ale jest i jest się z czego cieszyć, bo seria zacna, na poziomie i w ogóle. No takich rzeczy nam potrzeba i tyle. Niby nie brak nam różnych serii dla dojrzalszych, dla ambitniejszych, dla tych, co lubią, jak jest bliżej życia i tak dalej, ale „Scotta” nam brakowało. I co mogę powiedzieć po tej premierze? Że warto znać, ba, znać trzeba, bo to rzecz kultowa i w ogóle, ale niestety polskie wydanie pozostawia bardzo dużo do życzenia.

 

Ale zanim konkrety, kilka słów o treści. Scott Pilgrim ma 23 lata i w sumie dość poukładane to swoje życie. Ma swoich znajomych – na jednym to właściwie żeruje – ma band, pracy co prawda brak, ale za to umawia się (w niewinny sposób) z o sześć lat młodszą licealistką. I wszystko w sumie byłoby dobrze (poza tym narzekaniem wszystkich, że ma za młodą dziewczynę), gdyby nagle w jego życiu nie pojawiła się inna dziewczyna, niejaka Flowers, która wszystko wywraca do góry nogami i… No i dopiero się zaczyna!

 

Jeśli widzieliście film, znacie już tę historię. Akurat kinowa produkcja, swoją drogą bardzo udana, dość wiernie, choć ekspresyjnie zarazem, podążała za komiksowym pierwowzorem. Tu jednak mamy to ujęte jeszcze lepiej, jeszcze ciekawiej, niby komediowo, ale i z czymś chwytającym za serce. Jest romantycznie, ale nie kiczowato, jest życiowo, choć wiadomo, wszystko to przepuszczone jest przez pryzmat krzywego zwierciadła. No i przede wszystkim jest ciekawie, jest sympatycznie i…

 

… no i fajnie narysowane też. W tej historii na każdym poziomie rządzi prostota (fabuła też jest prosta, a na tym etapie sprawia wrażenie rzeczy skupionej na wprowadzeniu nas w postacie, ich losy i temat i tak się czuje, że gaz dociśnie dopiero potem) i rysunki też są proste. Cartoonowe, uproszczone, ale nastrojowe, nie bojące się zarówno czerni, jak i czasem detalu. No i czarnobiałe to jest, warto pamiętać. Mi ta forma odpowiada jak najbardziej, ale kolorowe wydanie tej serii też ma swój urok, więc jeśli liczyliście, że dostaniecie barwne wydanie, niestety.

 


No i docieramy do wydania jako takiego właśnie, bo o tym niewiele da się tak naprawdę dobrego powiedzieć. Tłumaczenie jest spoko, nie czepiam się (choć nie porównam z oryginałem, bo w rękach nie miałem tegoż), czyta się to dobrze, ale… Rzecz wydana jest w małym formacie, jak standardowe mangi, z kartonową okładką (coś jak „Dragon Ball”), ale na gorszym niż mangi papierze, z drukiem pachnącym, by nie rzec śmierdzącym, jak „Giganty” (kwaśna woń gryzie w nos mocno, mocniej nawet niż w „Gigantach” właśnie). No i jeszcze tam, gdzie mamy białe litery na czarnym tle, tusz rozmazuje niektóre z nich (nie mówię, że maże się na palcach, ale literaty w nowym egzemplarzu częściowo były niewyraźne, choć na stronach przykładowych w sieci mamy idealnie białe). I wszystko to byłoby do przeżycia, gdyby jeszcze z taką jakością szła w parze dobra cena, ale nie, za tomik płacimy dwa razy tyle, co za taką samą objętością, ale o wiele lepiej wydaną mangę…

 

No i po wszystkim cieszę się, że przeczytałem, ale obawiam się, że z takim podejściem do wydania Nagle Comics może długo z tą serią nie pociągnąć. A szkoda, bo świetna rzecz, warta poznania i posiadania, ale… No cóż, może poprawią się od drugiego tomu, w co jednak wątpię, ale niesmak jakiś pozostanie. A ja, jeśli sięgnę dalej – a chętnie sięgnę – zainwestuję jednak w oryginalne wydanie. 

Komentarze