POTWÓR FRANKENSTEINA
BYŁA KOBIETĄ
Pewnie gdyby nie filmowa wersja tej powieści, o
której zrobiło się ostatnio głośno, nie doczekalibyśmy się niniejszego wznowienia.
Bo z tego, co się orientuje, od 1997 roku nie mieliśmy nowego wydania „Biednych
istot”, ale teraz rzecz wróciła, w całkiem fajnej filmowej okładce, choć ja
akurat za filmowymi okładkami nie przepadam (film filmem, książka książką, oba media
rządzą się innymi prawami i akurat na półce nie chcę mieć tak samo wyglądających
jednych i drugich). I dobrze, bo to kawał fajnej wariacji na mit potwora Frankensteina,
może nie do końca spełnioną, ale na pewno wartą uwagi.
Historia zabiera nas do XIX-wiecznego Glasgow,
gdzie działa doktor Godwin Baxter, typ którego bardziej niż ekscentrykiem
należałoby nazwać szaleńcem. Odpychający człowiek, który wierzy w
nieograniczone możliwości nauki i to do tego stopnia, że jest gotów ożywić nawet
zmarłą osobę. Jego wybór pada na młodą samobójczynię, której przeszczepia mózg
dziecka i…
No i rzeczywiście, zabieg się udaje, kobieta wraca
do życia, ale mając skrajnie niedojrzały umysł, musi się nauczyć żyć i
funkcjonować i… Nauka idzie świetnie, ale Bella, bo tak się nazywa nasza
bohaterka, okazuje się zupełnie inna, niż można by oczekiwać. Robi to, co chce
i jak chce, nie daje się pętać, wiązać ani podporządkowywać, za nic ma konwenanse
i wymogi swoich czasów, za to jest łakoma życia, miłości, ale także i seksu, a
to wszystko wiedzie ją droga… na stracenie? Czy może jednak nie?
Mówi się, że to powieść emancypacyjna i
feministyczna, ale to przesadne uproszczenie tego, co tutaj mamy. Bo „Biedne
istoty” to historia o ludzkim czuciu, o pragnieniach, o kobiecości, ale przede
wszystkim o byciu człowiekiem. Bo może i autor czyni kobietę główną bohaterką –
a kobieta w tamtych czasach łatwo nie miała, pamiętajmy jednak, że wcale nie
tylko płeć piękną dotykały podziały społeczne, konwenanse czy nierówności – ale
to, co przedstawia, pokazuje w uniwersalny sposób. Zresztą poruszane przez
niego tematy dotykają każdego – tak z historycznego punktu widzenia, jak i ze
współczesnej perspektywy, która pokazuje, jak niewiele w zasadzie się zmieniło
i ograniczanie się tylko do feministycznej czy emancypacyjnej strony książki jest
nie tylko nadinterpretacją, ale i sporą ignorancją.
A książka to ciekawy miks opowieści z przesłaniem –
opowieści o wolności, decydowaniu o sobie, ale i szukaniu miłości i swojego
miejsca – z zabawą wiktoriańskimi schematami. Jest tu coś z powieści epistolarnej
i szkatułkowej, rzecz stara się też przekonać nas nie tylko, że pochodzi z
epoki – co robi całkiem skutecznie, choć swoją premierę miała w 1992, za co
należą się brawa dla szkockiego, zmarłego przed pięciu lat autora – ale też, że
jest czymś opartym na faktach. Alasdair Gray bierze na warsztat historię znaną
z „Frankesteina”, więc całości nie da się zarzucić szczególnej oryginalności,
ale za to fakt z jaką lekkością, z humorem, z jakim humanitaryzmem (a nawet
wręcz transhumanizmem), ale jednocześnie klimatem, ciężkością i pewną satyryczną
nutą przedstawia to wszystko. Są tu słabsze momenty, są nieprzekonujące rzeczy,
jak medyczne wyczyny, ale to w końcu też retrofuturystyka, więc na takie rzeczy
oko powinno przymknąć się bardziej, niż chętnie.
Reasumując, warto. Naprawdę dobra książka, bardzo
przyjemnie napisana, niby pełnymi garściami czerpiąca z wiktoriańskiej
literatury, ale nie aż tak, by ci, którzy za taką stylistyką nie przepadają,
nie poczuli się zniechęceni. Wilk syty, owca cała, dobra fantastyka z
przesłaniem zapewniona, ale i po prostu dobra rozrywka literacka, z której
można coś wynieść, nawet jeśli zasiądziemy do niej bez większych ambicji.

Komentarze
Prześlij komentarz