I jest 101 rozdział „Dragon Balla Super”. Czyli start
nowej sagi, ale tak właściwie to ciągnięcie sagi poprzedniej. Czyli miało być
nowe, a nadal jakby stare. I znów taki bardziej przerywnik, pomost między tym,
co było, a co będzie. Epilog, choć i jakby kolejny nowy początek. Spoko, ale
jednak znów nie do końca to, na co liczyłem.
Karminowy z Armii Czerwonej Wstęgi i niedobitki
pozostałe po ostatnich wydarzeniach zastanawiają się, co tu teraz zrobić. Wniosek
w sumie jest jeden: dopóki ich wrogowie chodzą po tym świecie, reaktywowanie
się nie ma większego sensu, więc… No ale jak się ich pozbyć?
I wtedy wpadają na Saiyamanów! I to właśnie ich
postanawiają wrobić w zajęcie się wrogami. Z tym, że obie strony nie wiedzą kim
są!
A tymczasem Vegta ćwiczy z Brolym u Piwusa. Wiadomo,
Frizer jest nadal zagrożeniem, większym niż dotychczas, więc trzeba się
wzmocnić. A tymczasem docierają do nich wieści o tym, co wydarzyło się na Ziemi
i…
No i mam wrażenie, że ten rozdział to taki od
niechcenia. Wtórna akcja, choć z fajnym zagraniem typowym dla komedii pomyłek,
trochę nawalanki i… No i tyle. Z tą Armią można było już sobie dać spokój, z
Saiyamanami też. Było raz i drugi, fajnie zagrało, ale widać, że już za długo
ciągnięty jest temat. Jeśli do czegoś wracać, można by do Turnieju o Tytuł
Najlepszego, ale w jakieś nowej formie (dzieciaki tam posłać czy coś), bo to
zawsze się sprawdzało i powtarzalność tego motywu była jego siłą. Tu tej siły
brak, choć nadal czyta się szybko, lekko i przyjemnie.
Ale mam wrażenie, że nawet rysownikowi już się nie
chce. Jakoś graficznie to prostsze jest, z dziwnymi czasem minami (zobaczcie
niektóre Broly’ego czy Piwusa), jakby na szybko, trochę na kolanie. Walkom brakuje
widowiskowości, za to – o dziwo i trochę bez sensu – taka epickość wrzucona
zostaje ot tak w spokojniejszych chwilach (przemiana Gohana).
W skrócie: nie zagrało to tym razem za dobrze.
Tragedii nie ma, ale niech już Toyo i Tori skończą to w kolejnym epizodzie i
pójdą w coś nowego, świeższego albo mniej ogranego (niby wiem, że chcieli tak,
jak zrobili prolog do „Superhero”, tak i dać mu epilog, ale…). Tego i sobie, i
Wam życzę.




Komentarze
Prześlij komentarz