I jest dwudziesty tomik „Dragon Balla Super” po
polsku. Okej, jakiś już czas od premiery minął, ale w końcu po niego sięgnąłem
i… No cóż, tu finał w końcu osiąga „Saga Granolli” i zarazem zaczyna się nowy
wątek – inny, spokojniejszy, przejściowy, stanowiący pomost między tymi
wydarzeniami a tym, co widzieliśmy w filmie „Super Hero”. I chociaż większość
tomu to nic innego, jak mordobicie, to jest tu miejsce na kilka zaskoczeń, a
przy okazji miłego uderzenia w nieco inne, bardzo do mnie trafiające klimaty.
Ale po kolei.
Treść. Głównie, no, walka trwa. Vegeta zaczyna
przegrywać swój pojedynek. Pora więc by to Gokū wkroczył do akcji i pokazał na
co go stać. Ale czy ultrainstynkt wystarczy w tej sytuacji? Gdy okazuje się, że
nawet to za mało, wraca Granola i…
Potem, w kolejnej opowieści, Goku i Vegeta chcą
stać się jeszcze silniejsi. Więc tradycyjnie ćwiczą u bogów. A na Ziemi… No na
Ziemi Goten i Trunks bawią się w Great Sayiamanów X i zwalczają zło w
przebraniu. Tak, żeby nikt się nie dowiedział. Jednocześnie Trunks stara się
poderwać Mai, ale idzie mu to opornie, bo dziewczyna ma sporo na głowie. A tu
jeszcze Pilaf kombinuje swoje z kulami. Ale prawdziwy problem leży gdzie
indziej. W okolicy widywane są dziwne stworzenia, a także roznoszą się plotki o
duchach. Goten i Trunks będą musieli zmierzyć się z czymś, z czym jeszcze nie
mieli do czynienia…
Co tu dużo mówić, większa część tomiku to typowy
bitewniak. Proste, skupione na upadaniu, wstawaniu i podnoszeniu poziomu mocy
widowiskowe, wyczerpujące starcie. W efekcie czyta się to wszystko w kilka,
może kilkanaście minut, bo inaczej po prostu się nie da, trochę odczuwa się
brak humorystycznych akcentów, ale akcja sporo rekompensuje. Od strony bitewniakowej
tom to jednak wzorcowy. Czasem przydałoby się tu coś więcej, ale i tak jest
dobrze. Szczególnie, że pod koniec się to zmienia. I to jak. I o tym właśnie
słów kilka, ale uwaga, będą spoilery!
No to przechodzimy od razu do tych spoilerów. Zaczyna
się to wszystko przewidywalnie, jak sami widzicie. Standard, niby zwyciężyli,
ale wróg jeszcze coś tam chce pokazać. I coś pokazać może. Ale wtedy na scenę
niespodziewanie wraca Fizer, sprząta tu, eliminując m.in. Gasa bez
najmniejszego wysiłku i okazuje się, że jest jeszcze potężniejszy od
najpotężniejszego wojownika w komosie. Mało? Wszystko to w swojej
dotychczasowej czwartej formie, a ma w zanadrzu coś jeszcze, niż Złotego
Frizera i tak na scenie pojawia się Frizer… Czarny. Ja wiem, że znów brzmi to,
jakby Tori nie miał pomysłu na przemiany, więc postawił na zabawę kolorami, ale
jednak ten nowy Frizer wypada całkiem, całkiem. Skąd ta moc? Skąd przemiana?
Zdradzać wszystkiego nie będę, ale wparowanie legendarnego badassa na scenę
jest sporym zaskoczeniem.
Poza tym moje obawy, że przez to saga się
przeciągnie, nie sprawdziły się. Frizer wpada, zamiata i tyle. Koniec story
arcu Granoli. Może trochę za szybko, nagle, jak w książkach Kinga, kiedy temu
brak pomysłu na zakończenie, ale… W tle pobrzmiewają pytania, co teraz, bo
definitywne zakończenie to nie jest, najważniejsi gracze pozostają na scenie, a
kolejna saga w mandze, gdy piszę te słowa, jest już za nami tematu Frizera nie
pociągnęła, a do tego jeszcze jednak została zapowiedziana, choć jeszcze bez
konkretów i wydarzyć może się sporo. Tak czy inaczej zabawy przed nami jeszcze
dużo, wszystko to miesza się i łączy w naprawdę ciekawą rzecz, która w końcu,
nareszcie wciąga, jak stare dobre „DBZ”, potrafi zaskoczyć, jest dynamiczna,
wciągająca, gra na sentymentach i widać, że w końcu był na to jakiś pomysł. I
wcale taki deus ex machina w niczym aż tak bardzo nie przeszkadza.
A potem wcale nie jest gorzej, a wręcz lepiej, choć
akcja już nie dominuje. Znów dostajemy pewną powtórkę, ale… No właśnie, po kolei.
Pierwsza saga „Dragon Balla Super” to była po prostu kolejna historia o
dragonballowych bogach, niczym saga o Buu. Potem Tori i Toyo zrobili powtórkę z
sagi Frizera. Potem kopiowali wszystkie te turnieje, którymi seria stała i losy
Trunksa z przeszłości. I znów turniej. Znów coś, jak saga Buu… I tak do
najnowszego filmu (i ostatnich wydarzeń z tomikach w Polsce jeszcze nie
wydanych), który kopiował sagi i Armii Czerwonej Wstęgi, i Androidów, i Cella –
i to bezczelnie, niemal jeden w jeden. A teraz wracamy do tych momentów,
spokojniejszych i prostszych, bardziej życiowych i humorystycznych, kiedy w
mandze i anime szalał Great Saiyaman.
No i takie właśnie jest to, co dostaliśmy do
czytania. Prostsze, nie tak epickie, zwyczajne bardziej. I skupione na bohaterach
mniej istotnych przecież. Więc rozdział ten jest przegadany, akcji nie ma tu
tak wiele, jak można by sądzić, jest za to śledztwo, jest wątek romantyczny,
jest komedia i horror nawet. Wtórne to to, ale…
No właśnie, nadal dobrze się czyta. Bo jakżeby inaczej.
Fajnie to też wszystko nawiązuje do nowego filmu „DB”, który w chronologii
dzieje się po tym nowym story arcu. I fajnie też, że to właściwie zamknięta
historia. Przyjemnie narysowana, z klimacikiem. No nadal gdzieś mi tu brak
oryginalności, ale nie jest tak, że zupełnie jej nie ma. Po prostu Tori się
wypalił, nie ma pomysłów, odświeża więc stare i czasem coś tam do nich dorzuci.
Tu fajnie, że poszedł w horror, którego w serii wcześniej mieliśmy jedynie
jakieś namiastki. Owszem, to nie straszak, lekkie to i zabawne, ale nastrój
wprowadza. I lepiej to wypada niż ten najnowszy film. I ma fajną podbudowę
obyczajową.
Fajna rzecz. Od strony ilustracji też. Grafiki są
tu dopracowane, bardziej uwspółcześnione, ale nie straciły swojego dawnego
charakteru. Miłe dla oka, gwarantują porcję dynamicznej zabawy. Takiej samej,
jak i fabuła zresztą. Więcej rozpisywać się nie ma tu co. To tylko jeszcze
jeden, podobny do innych tom, ale udany i wart polecenia fanom.




Komentarze
Prześlij komentarz