„Jeździec bez głowy” to coś, co na pewno przede
wszystkim kojarzy nam się z filmem Tima Burtona i jego literacką podstawą,
czyli opowiadaniem Washingtona Irvinga znanego pierwotnie (opowiadania, nie
Irvinga) pod tytułem „Legenda o Sennej Kotlinie”. Za tym wszystkim oczywiście
stały jeszcze legendy, korzeniami sięgające aż średniowiecza, ale… No właśnie,
tu docieramy do „Jeźdźca bez głowy” Thomasa Mayne’a Reida, który wydaje się być
kolejną wariacją na ten temat, ale jednocześnie mamy tu do czynienia z historią
opartą na faktach. A wszystko to w bardzo fajnej, zgrabnie napisanej,
klasycznej opowieści romantyczno-przygodowej, która nawet teraz, ponad sto
pięćdziesiąt lat, jakie minęły od jej premiery, wciąż bardzo dobrze się czyta.
Jeśli chodzi o fabułę, to specyfika tej powieści
jest taka, że jej rozległość – by nie rzec rozlazłość – sprawiają, że bardzo
prosta historia, snuta przez setki stron, rozwija się tak powoli, że zbyt wiele
powiedzieć się o niej nie da. Ten tytułowy Jeździec bez głowy to w ostatecznym
rozrachunku postać nie tak istotna dla opowieści, jak sugerowałby to tytuł.
O co zatem chodzi? O romans. O miłość. I co z tego
wynika. Do Teksasu, tuż po wojnie amerykańsko-meksykańskiej, przybywa piękna
kobieta i wpada w oko dwóm mężczyznom. I tak zaczyna się problem, bo jeden z
nich to poczciwy typ, a drugi daleki jest od porządnego gościa i gotów jest na
wszystko, byle zdobyć to, czego pragnie. Ona, Luiza, zakochuje się w tym
pierwszym, ale wiadomo, na drodze stoi nie tylko rywal, ale i status społeczny.
A tu jeszcze na dodatek pojawia się ten tajemniczy jeździec bez głowy i…
Vladimir Nabokov tak w dzieciństwie zachwycił się
tą powieścią, że uznał ją za najlepszą lekturę swojego dzieciństwa i nawet
przełożył na język poezji. No i w sumie nie można odmówić dziełu jakości,
świetnego pisarstwa i dobrego wykonania. Ale jednak nie jest to książka dla
każdego, a już na pewno nie dla tych, którzy sięgną po nią w oczekiwaniu na
horror. To nie horror, nie fantastyka nawet i o tym trzeba pamiętać. Jeśli nie
chcecie sobie za wiele zdradzać, przeskoczcie od razu do kolejnego akapitu. A
zatem… Mit o jeźdźcu bez głowy rozpowszechniony w krajach anglosaskich, znany
jest od średniowiecza i nieraz go wykorzystywano. I być może korzystali z niego
też ludzie, na losach których swoją powieść oparł Reid, ale prawda jest taka, że
w jeździec bez głowy, który rzeczywiście pojawiał się w Teksasie w XIX wieku,
był przeczepionym do konia bezgłowym ciałem. W detale nie będę wnikał, ale
wszystko sprowadza się do tego, że opowieść ta przez lata zmieniała się i
ewoluowała i… I tu mamy ją w bardziej pierwotnej wersji.
Abstrahując od tego elementu, cała reszta to
połączenie romansu, który króluje, z czymś na kształt przygodowego westernu. Wszystko
to zaś rozpisane zostało niespiesznie i w dość leniwym rytmie, skupione na
postaciach nakreślonych bardzo prosto, ale wyraziście, z kilkoma klimatycznymi,
zapadającymi w pamięć scenami. Przede wszystkim jednak jest to historia o
uczuciach, o miłości i zazdrości, o starciu dobra ze złem i walce o to, co się
kocha. Złożona z króciutkich rozdziałów, czyta się lekko, choć nie szybko, ale
nadal robi wrażenie i nadal warta jest poznania, tym bardziej, że maluje
ciekawy obraz tamtych miejsc i czasów, tym realniejszy, że oparty na
doświadczeniach autora. Co ciekawe, swego czasu Jarosław Iwaszkiewicz, który miał
zająć się przekładem „Jeźdźca”, tak rozmasował się w książce, że zrobił jej
własną wersję, okrojoną ze zbędnych jego zdaniem opisów (wyszło mu z tego ok
120 stron) i jeszcze przekonwertowaną wedle własnego uznania. To tak dla tych,
którzy chcieliby to na szybko i lekko, ale myślę, że o wiele bardziej warto
wgryźć się w treściwy oryginał.

Komentarze
Prześlij komentarz