Marvel Zombies #1 – Mark Millar, Robert Kirkman, Reginald Hudlin, Sean Phillips, Greg Land, Mitch Breitweiser, Francis Portela
Zombie. No wiadomo, temat popularny, nośny, ale najczęściej kicz straszliwy. Od czasów George’a Romero i jego Nocy żywych trupów boom na żywe trupy znika i wraca, ostatnio jednak ma sie dobrze nie tylko w horrorach. W pewnym momencie wykorzystał go więc także Marvel, oferując nam najpierw to, co wyszło po prostu jako kolejna przygoda Fantastycznej Czwórki ze świata Utimate oraz dopełniająca ją miniseria Marvel Zombies, a potem już wchodząc w to na całego z kolejnymi projektami o zombiakach. I część tego wszystkiego, czyli te pierwsze pięć solowych zeszytów, mieliśmy okazję czytać już kiedyś w ramach kolekcji WKKM, jakiś czas temu na polskim rynku pojawiła się w końcu całość, a przynajmniej pierwszą jej część, bo tego jest masa i... No i nienajgorsza to rzecz, warto to poznać w zasadzie dla sześciu zeszytów Millara, bo Kirkman, jak to Kirkman, przeciętniactwo robi, a dopełniający ich Hudlin to jakościowa, fabularna i graficzna porażka, którą czyta się z zażenowaniem niestety.
Fabuła? Fantastyczna Czwórka ze świata Ultimate kontaktuje się ze swoimi odpowiednikami z innej rzeczywistości. Nie mają jednak pojęcia, co się za tym wszystkim kryje. Oszukani i wrobieni trafiają do świata, w którym ludzkość niemal nie istnieje, a zombie-herosi zarażeni tajemniczym wirusem zamierzają wykorzystać połączenie między światami, by podbić, zarazić i pożreć uniwersum Ultimate.
A to zaledwie początek, bo na wydarzeniach w świecie tej Fantastycznej Czwórki się nie skończy. Ale jak zombie poradzą sobie z kolejnymi wrogami, bo tych im przecież nie brakuje? A przede wszystkim, jak uporają się z własnym głodem?
Wiadomo, temat zombie i Marvela kojarzy nam się głównie
z Marvel Zombies, ale trzeba pamiętać, że zanim powstała ta miniseria (a po niej kolejne i
parę crossoverów, w tym z Martwym złem) była seria Ultimate Fantastic
Four. I to na jej łamach Mark Millar wymyślił cały temat i zaczął to
wszystko. Wkrótce potem Marvel przekazał pomysł w ręce popularnego już wówczas specjalistę
od zombie, Roberta Kirkmana (który od trzech lat brylował ze swoim The
Walking Dead) i… No i się spodobało i tak się to potoczyło, że do dziś mamy
pięć miniserii i grubo ponad dwadzieścia crossoverów i wszelkiej maści
wariacji, wliczając w to nawet takie, osadzone w świecie satyrycznej
Spider-Szynki.
No i ja tego fenomenu niestety do końca nie rozumiem. Lubię horrory, ale to, co tu mamy jakieś szczególne nie jest. Po tym, jak świetnie opowieść kreuje Millar, to co serwują nam Kirkman i Hudlin nie robi już większego wrażenia. Bo ja za Kirkmanem nie przepadam, czytałem sporo jego Żywych trupów, ale ze dwa, może trzy tomy tylko naprawdę były dobre, reszta to taka bezmyślna sieczka, gdzie autor próbuje udawać, że robi coś więcej, że skupia na postaciach, ale ich psychologia jest bardzo płytka i łopatologiczna, świat ich otaczający nieprzekonujący, a jako survival horror o zombie, ani to straszne, ani krwawe, ani nawet z napięciem. A jeszcze często jest to za szybko poprowadzone i nijakie. No i jego Marvel Zombies jest dokładnie takie samo: też nie straszy, nie tryska krwią i nie ma napięcia, a humor, który miał ratować całość blady jest i nijaki. Okej, czasem rzecz nieźle bawi się konwencją, ale są to sporadyczne momenty, przebłyski, jako całość to bezmyślna rozrywka dla niewymagających, w której fabuła nie ma znaczenia, liczą się tylko poszczególne momenty, na które pomysł był, a przemiany bohaterów w ogóle nie przekonują.
Oczywiście oglądanie bohaterów w nowych wersjach, odbicie w krzywym zwierciadle ich cech, schematów i całej reszty zawsze fajnie się sprawdza i to trochę ratuje album. Rzecz jest też sprawnie poprowadzona, jeśli chodzi o akcję, choć drętwe dialogi czasem potrafią nużyć i ma w sobie dość lekkości i nutę obrzydliwości, które tu pasują. Ale jednak jako historia o zombie, jako horror, bardzo łagodne to jest, bardzo zachowawcze i bezpieczne jest. Niby Kirkman przekonuje, że przeginał jak mógł, ale jeśli to dla niego przegięcie to niestety słaby z niego spec od rzezi, bo poza dwoma, czy trzema scenami, familijne jest to wręcz. Co je3szcze podkreślają zeszyty Hudlina - niby filmowiec, a robi tandetną, kiepsko poprowadzoną fabułę, gdzie dialogi przyprawiają o zgrzytanie zębami, a wykorzystywanie staroci z komiksów w postaci teleportujących żab to już w ogóle dno. Plus, że czyta się to szybko i można w kilkanaście minut skończyć te jego wypociny, a i mimo to nużą, nudzą i żenują.
Za to niemal całość jest świetnie narysowana – okej,
Greg Land, choć realistyczny, nie robi jakiegoś wrażenia, a zeszyty z Panterą to słabizna, ale Philips jak zawsze daje radę i sprawia, że przeciętne fabuły Kirkmana lepiej się odbiera – i doskonale wydana. Więc kto zombie, Kirkmana i
zabawy uniwersum Marvela lubi, może sięgnąć. Ale nie spodziewajcie się za wiele, ani tym bardziej nic mocnego czy odkrywczego (poza zeszytami Millara).




Komentarze
Prześlij komentarz