„Pamiętniki Mordbota”. A dokładniej pierwsze dwa
tomy cyklu, zebrane w jedną, dość cienką książeczkę. Bo to w końcu nowelki, nie
powieści, tak po sto stron. To, co tu jednak dostajemy, ten sam początek
dopiero, bo seria na chwilę obecną liczy osiem części – pięć nowel, dwie
miniatury literackie i jeszcze powieść, a kolejna historia jest już zapowiedziana
– okazuje się jednak całkiem przyjemną literaturą fantastyczną z nienajgorszym pomysłem
i przyzwoitym wykonaniem, choć bez jakiejś większej głębi czy ambicji. Niby
niespecjalnie rozbudowaną, niby krótką, a jednak dość treściwą. Więc o dziwo,
choć obawiałem się, co z tego może być, bo ze współczesną fantastyką, nawet tak
nagradzaną jak ta, naprawdę bardzo różnie bywa, okazało się, że nawet wart było
sięgnąć, choć w zasadzie to przede wszystkim niewymagająca rozrywka, która pod
pewnymi względami bywa też męcząca. Ale po kolei.
Głównym bohaterem opowieści jest tytułowy robot.
Takich robotów jest w sumie masa, ten okazuje się jednak wyjątkowy. Sam siebie
shakował, zyskał coś na kształt samoświadomości i chociaż jest Mordbotem, jak
sam o sobie mówi i nie cierpi ludzi, ciężko go nazwać morderczym. Jest
introwertykiem, woli ciszę i spokój i najchętniej tylko by oglądał opery
mydlane. No i przede wszystkim chce dowiedzieć się czegoś o sobie, kim jest i w
ogóle. Ale wkrótce jego spokój zostanie przerwany, a on (ono właściwie)
zostanie rzucony w wir wydarzeń, które mogą zmienić wszystko i doprowadzić go
do miejsc, których się nie spodziewał…
W sumie największy minus tego wszystkiego to
sztuczne brzmienie zaimków przy czytaniu. Nie mówię, że formy typu zrobiłom,
byłom są niepoprawne gramatycznie (chociaż gdy piszę te słowa nawet Word uparcie
podkreśla mi to wszystko na czerwono), ale jednak sztucznie się to czyta i
drętwo strasznie. Można to było inaczej, można lepiej, jest jak jest. Zwolennicy
mówią, że postać jest bezpłciowa i fakt, książka sama to wyraźnie precyzuje, powołują
się na to, że Chat GTP – dla niewtajemniczonych jest to sztuczna inteligencja,
z którą można sobie w sieci porozmawiać – też jest bezpłciowy, ale kto z niego
korzystał – a ja korzystałem swego czasu sporo i intensywnie – wie, że nawet ta
SI nie posługuje się w polskiej mowie takimi zaimkami. To jednak bez znaczenia.
Gorzej brzmią jednak szystkie te zaimki związane już z czasami i obecnie
uznawanymi płciami, czyli onu / jenu. I ja wiem, że są ludzie, którzy chcą tak
siebie określać i spoko, ale pytanie ilu jeszcze ludzi będzie dążyło do
znalezienia własnych zaimków i jaki to bałagan językowy spowoduje… (co warto
rozważyć, że skoro ktoś może być określany jak chce, to ktoś inny równie dobrze
powinien mieć pełne prawo językowo określać go, jak sam uważa za stosowne i nie
być z tego powodu szykanowany, prawda? choć jak widać wcale tak nie jest) Bo już
przy tych dwóch formach robi się męcząco w książce. Można by znaleźć jakąś
nową, bardziej neutralną formę, jak w języku angielskim, ale…
Wróćmy jednak do książki. Zostaje pytanie, jak ma
się cała reszta? Fabularnie jest prosto i niewymagająco, lekko, bez głębszego
wnikania w temat, ale z całkiem niezłym pomysłem i dobrym wykonaniem. Bo poza
tymi zaimkami, dobrze się to czyta. Efektu wow nie ma, bo autorka nie operuje
stylem, który rozsmakowałby się w słowach, połączeniach między nimi i opisach.
Pisze dość prosto, rozrywkowo, a i tematu SI, jej miejsca w świecie i
związanych z tym zagrożeniach / obowiązkach / prawach / wyzwaniach nie zgłębia
tak, jakby mogła. Klasycy już to zrobili głębiej i lepiej, chociaż tylko teoretycznie,
ona zaś, stojąc w obliczu faktycznego istnienia sztucznej inteligencji w naszym
życiu, jakoś tak prześlizguje się po temacie, zamiast go bardziej zagłębić, o
co aż się prosiło.
Ale jako rozrywka jest całkiem przyjemna. Szybka,
lekka w odbiorze. Nic, co zapadłoby w pamięć, co skłoniłoby do zadumy i
refleksji. Szkoda, z drugiej jednak strony zawodu nie ma. Jak na współczesną fantastykę
i na kogoś, komu zdarzało się pisać książki z uniwersum „Gwiezdnych wrót” (a
wszyscy wiemy, jak takie odcinanie kuponików od filmowych i serialowych hitów
wypada…), jest całkiem do rzeczy. No i podoba mi się szata graficzna, a
szczególnie ta retrofurturystyczna litera „M”, która co chwila pojawia się na
stronach. Ma jakiś taki urok starej fantastyki, który robi więcej dla klimatu
całej książki, niż jej treść, styl i wszystko inne.

Komentarze
Prześlij komentarz