Są takie serie wydawnicze
na rynku, po które sięgam, kiedy mam tylko okazję, właściwie w ciemno. Mam tak
z „Wehikułem czasu”, mam z „Artefaktami” no i – to już bardziej po części, ale
jednak – mam też z „Serią horrorów bez nazwy”. Po części, bo w sumie mam z nią
pewien problem, podobna wizualnie do „Artefaktów”, wydaje się jednocześnie być
mniej sprecyzowana w tym, co robi. No bo co nam prezentuje? Z jednej strony
paru absolutnie wielkich autorów, jak Staub czy Lindqvist, z drugiej (i to
przeważa), twórców mało znanych, mało kojarzonych i często jednak nie aż tak
wartych poznania, jak mogłoby się to wydawać. I do tej drugiej grupy należy Nathan
Ballingrud, gość z niewielkim dorobkiem (cztery książki na koncie), który pisać
potrafi, fajnie konstruuje swoje postacie, ale jednocześnie bardziej jego twórczość
urzeka poszczególnymi momentami, niż jako jedna wielka całość. Choć, jak na
współczesne opowiadania grozy, jest naprawdę fajnie.
Potwory. Istnieją.
Częściej jednak w nas samych, niż w mroku lasu, czarnym kącie domu czy odmętach
wody. Ale w tym mroku też coś się czai…
Jak scharakteryzować ten
zbiór? Najprościej byłoby powiedzieć, że mamy tu do czynienia z horrorem
obyczajowym / społecznym. Nic nowego, jak każda odmiana dobrej fantastyki czy
nawet thrillera, wywodzi się bezpośrednio ze strasznych gawęd, które miały
najczęściej za zadanie nieść przestrogę. Nie będzie się więc bał ktoś, kto
usłyszy niepokojącą opowieść o zamierzchłych czasach, które wydają mu się zbyt
odległe, by mógł się z nimi identyfikować. Oczywiście, wiadomo, gatunek
eksplorował i eksploruje wszystko, żeby zapewnić nowe doznania, ale to już
trochę inna wersja tego wszystkiego. Poza tym dobry horror, jak dobra
fantastyka, spełnia też podobną rolę, co satyra – tu w gorszych czasach, kiedy
cenzura dobiera się do autorów, można zawrzeć przesłanie, które przemyci twórca
wbrew woli władzy, albo po prostu, w każdych czasach, można wykorzystać grozę i
niezwykłości, jako nośnik wyższych wartości, analizę społecznych lęków i
problemów.
No i w pewnym stopniu
właśnie to robi Nathan Ballingrud. Po części, bo gdzieś na tym styku horroru i
dark fantasy, na którym balansuje, ma pomysły, ma fajne kreacje bohaterów i
przyjemnie zawartą konstrukcję swoich tekstów, ale często odnosi się wrażenie,
że nie wykorzystał potencjału tematu. Jest dobrze, nie zaprzeczam (nagrody Shirley
Jackson Award nie zostały przyznane przez przypadek), ale mogło być lepiej.
Widać, że autor ma ambicje i chce coś powiedzieć, ale jeszcze nie do końca w
potrafi w pełni przekazać to wszystko. No ale ten zbiór, zbiorek właściwie, bo
przecież to niespełna dwieście stron, to jego debiut, równo sprzed dekady, więc
może z czasem rozwinął się bardziej, bo to, co tu nam proponuje, jest
obiecujące. I nie puste.
A jak to wypada jako
horror? Powiem, że ciężko jednoczenie odpowiedzieć na to pytanie – przynajmniej
mi. Dlaczego? Z jednej strony jestem wielkim fanem horrorów, za sobą mam setki
książek, jeszcze więcej opowiadań, do tego filmy (pewnie tak z pół tysiąca
samych horrorów za mną), seriale grozy, dziesiątki gier z tego gatunku, setki komiksów.
No i uwielbiam, ale mam ten problem, że się nie boję, nie czuję choćby
namiastki strachu obcując z gatunkiem i nie czułem go tu. Czy straszy, każdy
musi więc ocenić indywidualnie. Mnie nie, ale ma klimat, ma fajne ujęcie tych
horrorowych elementów i przy okazji przyjemne, dość oszczędne, acz treściwe,
pisarstwo. Więc śmiało można poznać, kto gatunek lubi, ceni i ochotę ma na
nowy, przyjemny głos w nim rozbrzmiewający.
Recenzja opublikowana na portalu Sztukater.

Komentarze
Prześlij komentarz