Dead Dead Demon's Dededede Destruction #6 - Inio Asano

THETHETHE THE END

 

Wielki finał „Dead Dead Demon's Dededede Destruction”. Wielki, bo i seria wielka, i tom, i wydarzenia i rozmach także. Że nie wspomnę o jakości, bo sprawa przecież oczywista. Ta seria była z nami przez ponad dwa lata, zachwycała, wciągała, ciekawiła. A teraz koniec (choć liczę, że ktoś w Polsce sięgnie po kolejne mangi Asano, bo wielki to twórca bez dwóch zdań), ale za to jaki! Wszystko się domyka, dopełnia, ale i po prostu świetnie doprowadzone zostaje do końca, a ten koniec satysfakcjonuje i urzeka. Robi wrażenie, gra na emocjach i… No sami zobaczycie, ale wniosek jest tylko jeden: warto było poznać tę serię i dać jej się zachwycić

 

Oran nie chce dać Obie odejść. I jest w sumie gotowa na wszystko, by osiągnąć swój cel. Ale chłopak też nie zamierza się dostosować i…

Tymczasem wszystko wokół się wali. Dziwne zachowanie władz i wojska sprawia, że napięcie i niepewność narasta. A przecież wiadomo, że zbliża się koniec świata, że statek kosmitów runie i że… No właśnie, co jeszcze? Dokąd doprowadzi to nasze bohaterki? I jak skończy się cała ta apokalipsa, która stała się ich udziałem?

 

W ostatnim tomie wszystko to, co do tej pory serwował nam Asano, zbiega się na zaserwowanych nam tu stronach. Opowieść o kosmitach, wielka i mniejsza polityka, terroryzm, romantyczne uniesienia i codzienne życie nieco trzepniętych bohaterek, których nie sposób nie lubić. Bohaterów zresztą też, wiadomo, ale to one jednak są na pierwszym planie. Ale każda z postaci, niezależnie od tego czy należy do tych głównych, czy przewija się gdzieś w tle, jest po prostu świetnie skrojona i znakomicie wykonana. Więc się nimi przejmujemy, a przejmować jest się czym, bo dzieje się w tym tomie i to bardzo dużo, dramatycznie i zabójczo.

 


Nie chcę Wam za wiele zdradzać, nie na tym etapie, kiedy w sumie ważne już jest wszystko, ale przygotujcie się na sporo smutku, na momenty, które zostaną z Wami na dłużej i na epickie sceny. Najlepsze w tym tomie pozostaje to, że nawet te najbardziej widowiskowe chwile, kiedy dzieje się na całego, kiedy leje się krew czy dochodzi do scen rodem z kina katastroficznego, splecione są mocno z tym, co zwyczajne. Jak wakacje, jak przyjaźnie, jak moment pocałunku i zwykłych międzyludzkich interakcji. W tym tkwi wielka siła, która zbliża nas także emocjonalnie do tych nawet najdziwniejszych rzeczy, które mają miejsce na stronach. A gdy potem, wraz z rozwojem akcji, zaczyna się dziać już na całego, nawet jeśli można czasem odnieść wrażenie, że autor chciał nieco przyspieszyć nadchodzący koniec, robi to wrażenie.

 


Tym większe, że całość jest absolutnie genialnie zilustrowana. Asano to mistrz, tyle w temacie, gość, który genialnie łączy hiperrealizm z rysowniczym szaleństwem i cartoonową ekspresją i wszystko to do siebie pasuje idealnie. Pięknie się to ogląda, z zachwytem, docenia każdą kreskę, każdą scenę, każdy kadr i chce więcej. A tu już koniec. Ale dobry koniec i to bardzo. Cała seria była rewelacyjna i rewelacyjna pozostała do samego końca. Więc zostaje nam cieszyć się, że „Dead…” pojawiło się na polskim rynku. I mieć nadzieję, że dostaniemy jeszcze coś Asano.

 

Tytuł kupicie tutaj:



Komentarze