Wielki finał „Dead Dead Demon's Dededede
Destruction”. Wielki, bo i seria wielka, i tom, i wydarzenia i rozmach także.
Że nie wspomnę o jakości, bo sprawa przecież oczywista. Ta seria była z nami
przez ponad dwa lata, zachwycała, wciągała, ciekawiła. A teraz koniec (choć
liczę, że ktoś w Polsce sięgnie po kolejne mangi Asano, bo wielki to twórca bez
dwóch zdań), ale za to jaki! Wszystko się domyka, dopełnia, ale i po prostu
świetnie doprowadzone zostaje do końca, a ten koniec satysfakcjonuje i urzeka.
Robi wrażenie, gra na emocjach i… No sami zobaczycie, ale wniosek jest tylko
jeden: warto było poznać tę serię i dać jej się zachwycić
Oran nie chce dać Obie odejść. I jest w sumie
gotowa na wszystko, by osiągnąć swój cel. Ale chłopak też nie zamierza się
dostosować i…
Tymczasem wszystko wokół się wali. Dziwne
zachowanie władz i wojska sprawia, że napięcie i niepewność narasta. A przecież
wiadomo, że zbliża się koniec świata, że statek kosmitów runie i że… No
właśnie, co jeszcze? Dokąd doprowadzi to nasze bohaterki? I jak skończy się
cała ta apokalipsa, która stała się ich udziałem?
W ostatnim tomie wszystko to, co do tej pory
serwował nam Asano, zbiega się na zaserwowanych nam tu stronach. Opowieść o
kosmitach, wielka i mniejsza polityka, terroryzm, romantyczne uniesienia i
codzienne życie nieco trzepniętych bohaterek, których nie sposób nie lubić.
Bohaterów zresztą też, wiadomo, ale to one jednak są na pierwszym planie. Ale
każda z postaci, niezależnie od tego czy należy do tych głównych, czy przewija
się gdzieś w tle, jest po prostu świetnie skrojona i znakomicie wykonana. Więc
się nimi przejmujemy, a przejmować jest się czym, bo dzieje się w tym tomie i
to bardzo dużo, dramatycznie i zabójczo.
Nie chcę Wam za wiele zdradzać, nie na tym etapie,
kiedy w sumie ważne już jest wszystko, ale przygotujcie się na sporo smutku, na
momenty, które zostaną z Wami na dłużej i na epickie sceny. Najlepsze w tym
tomie pozostaje to, że nawet te najbardziej widowiskowe chwile, kiedy dzieje
się na całego, kiedy leje się krew czy dochodzi do scen rodem z kina
katastroficznego, splecione są mocno z tym, co zwyczajne. Jak wakacje, jak
przyjaźnie, jak moment pocałunku i zwykłych międzyludzkich interakcji. W tym tkwi
wielka siła, która zbliża nas także emocjonalnie do tych nawet najdziwniejszych
rzeczy, które mają miejsce na stronach. A gdy potem, wraz z rozwojem akcji,
zaczyna się dziać już na całego, nawet jeśli można czasem odnieść wrażenie, że
autor chciał nieco przyspieszyć nadchodzący koniec, robi to wrażenie.
Tym większe, że całość jest absolutnie genialnie
zilustrowana. Asano to mistrz, tyle w temacie, gość, który genialnie łączy
hiperrealizm z rysowniczym szaleństwem i cartoonową ekspresją i wszystko to do
siebie pasuje idealnie. Pięknie się to ogląda, z zachwytem, docenia każdą
kreskę, każdą scenę, każdy kadr i chce więcej. A tu już koniec. Ale dobry
koniec i to bardzo. Cała seria była rewelacyjna i rewelacyjna pozostała do
samego końca. Więc zostaje nam cieszyć się, że „Dead…” pojawiło się na polskim
rynku. I mieć nadzieję, że dostaniemy jeszcze coś Asano.
Tytuł kupicie tutaj:




Komentarze
Prześlij komentarz