Western to i nie western.
Bo przecież Indianie, kowboje i cała reszta tej otoczki z Dzikiego Zachodu nie
koniecznie musi od razu western oznaczać. Więc nie oznacza. A co oznacza?
Całkiem dobrą opowieść obyczajowo-historyczną, historię drogi, rzecz o zemście,
ale i jednocześnie fabułę z przesłaniem. Intrygujący miks? Owszem, ale nie do
końca, bo kiedy bardziej w to wnikamy, okazuje się, że rzecz wcale nie jest tak
bardzo spełniona, jakby być mogła. I przy okazji graficznie też rzecz nie jest
idealna, bo wyśmienite oddanie przyrody, tła i detali, spotyka się na łamach
tego albumu z mocno cartoonowym, mnie osobiście nieprzekonującym designem
postaci.
Od połowy XIX wieku,
kościół katolicki przejmował młodych rdzennych Amerykanów. Szkolił ich, uczył,
kształcił, wszystko, żeby stali się „cywilizowanymi Amerykanami”. Skutki były
katastrofalne, niemal zniszczenie całej populacji: głównie przez choroby, jakie
na ląd przywiózł biały człowiek.
I właśnie w takich
realiach, w takich czasach, żyć przyszło Georgesowi. Chłopak pochodzi z
plemienia Dakotów, ale wychowany przez pastora, coraz bardziej zatraca w sobie wszystko
to, co przedtem się na niego składało – kulturę, wierzenia, korzenie… Wszystko
zmienia się w chwili, kiedy jego drogi przecinają się z niejakim Małym Nożem,
Indianinem poszukującym mordercy matki, a ich spotkanie stanie się brzemienne w
skutki…
„Hoka Hey!” to komiks
tematycznie ważny i ważki. Rozliczeniowy. W dobie wszelkiej maści dyskusji o rasizmie,
kiedy jakoś w zasadzie niewiele słyszy się w kontekście Ameryki o tych
najbardziej przez osadników pokrzywdzonych, czyli rdzennych Amerykanów właśnie,
mówienie o tym jest potrzebne. Więc doceniam komiks z tej perspektywy – choć
zauważcie, że jest to komiks europejski, nie amerykański – ale samo jego
wykonanie mogło być lepsze. A może po prostu ja, po tym wszystkim, jak
zapowiadała się ta opowieść (i po wyróżnieniach, jakie otrzymała w postaci nagrody
Prix des Libraires de Bande Dessinée oraz nominacji do auve des lyceens
selection na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Angoulême) miałem zbyt
wygórowane oczekiwania?
No ale nie zaprzeczam,
komiks opowiada o ważkich tematach. I opowiada też o ludziach i naturze, o ich
wspólnych relacjach i wszystkim, co się z tym wiąże. Jednocześnie wszystko to
ubrane zostało w gatunkowe szaty, coś na styku opowieści drogi, historii
przygodowej i brutalnego westernu. Choć brutalność jest tu mocno umowna,
właśnie ze względu na tę szatę graficzną, która sprawia, że to co mocne i
emocjonalne nie wybrzmiewa tak dosadnie,
jak powinno. Bo niby opowieść bywa dosadna, ale jednak właśnie to (i pewna
niemalże filmowa estetyka / narracja) sprawiają, że wszystko staje się umowne i
jakby zatraca się część dojrzałości.
Nadal jednak czyta się to
przyjemnie i z lektury sporo można wynieść. I nadal jest na co popatrzeć, bo
jednak tła, detale, wszystkie te okoliczności przyrody, nawet jeśli głównie
skąpane w oranżowych, pustynnych barwach, robią wrażenie. I da się przymknąć
oko na specyficzny design postaci (przymknąć, ale nie zamknąć), szczególnie, że
bardzo dobrze dobrany kolor buduje udany nastrój. Ale jednak mogło być lepiej.
I tak sobie myślę, że gdyby przerobić to wszystko na film (Europejczycy z ich
spaghetti westernami mają już w tym wprawę), oddając go w ręce utalentowanego
reżysera, mogłoby powstać naprawdę coś. Może nie na miarę „Wielkiego małego
człowieka” czy „Django” (ani też kina Sergio Leone), ale jednak. Na razie
natomiast mamy komiks, dobry, ale nie wybitny, a o wybitność się prosił, a ja
po wszystkim nadal mam marzenie, żeby w Polsce ktoś w końcu wydał chociażby
western Azzarello „El Diablo”, bo… No nie taka to opowieść, ale skoro ukazują
się komiksowe westerny, a ten jest jednym z najlepszych, czemu nie dać nam go
poznać w rodzimym języku?




Komentarze
Prześlij komentarz