Krew na szlaku #1 – Shuzo Oshimi

KREW NIE WODA

 

„Krew na szlaku” to rasowy mangowy thriller psychologiczny pierwszej wody. Oszczędna w słowach i formie opowieść o toksycznym rodzicielstwie, która licznymi niedopowiedzeniami buduje bardzo ciekawy nastrój, ale i rys charakterologiczny postaci. Efekt jest taki, że choć pozornie dzieje się tu niewiele, tomik wypełniają emocje, a zarazem, mimo iż na większości plansz króluje biel i ascetyczne tła, rzecz ma niepokojący klimat nawet w tych momentach – a może zwłaszcza w nich – kiedy w kadrach dzieją się pozornie całkowicie niewinne rzeczy.

 

Zaczyna się od spaceru z matką. I znalezienia kota. Chłopiec chciał kotka pogłaskać, okazało się jednak, że zwierzę nie żyje i… I co to za dziwna mina na twarzy matki? Chłopiec nie wie jeszcze, że mina ta powróci do niego za kilka lat, a wtedy…

Ale na razie poznajemy go jako nastolatka. Seiichi Osabe, bo tak się nazywa, wydaje się czternastolatkiem, jakich wielu. Może nieco bardziej nieśmiały, niż rówieśnicy, może mającym opinię maminsynka, ze względu na swoją nadopiekuńczą matkę, ale jednak takim, jak cała reszta. Chłopak – a tym bardziej jego otoczenie – nie ma jednak najmniejszego pojęcia, jaka naprawdę jest jego matka i co się kryje jej pozornie niewinnych, choć przesadnych gestach i zachowaniach. Ale wszystko zmienia się pewnego dnia w trakcie wycieczki w góry i… I od tej pory nic już nigdy nie będzie takie samo!

 

Zacznijmy od tego, że schemat tej opowieści jest stary, jak świat. Czy dotyczy matki, kochanki czy kogokolwiek innego, odkrywanie mrocznej strony danej osoby i przekonanie się, do czego może być zdolna, to samograj wykorzystywany od dekad. Klasyka. Ale zazwyczaj ograniczona do krótkiej, zamkniętej historii – pełnometrażowego filmy, czy powieści – a tym razem dostajemy całą wcale nie krótką, bo liczącą siedemnaście tomów serię komiksową, a to daje szansę na bardzo fajną rozbudową psychologii postaci, wątków i w ogóle wszystkiego, co się będzie działo. Utrzymać przy tak długiej historii opartej na schemacie nie tylko naszą ciekawość, ale i napięcie, nie będzie łatwym zadaniem, ale patrząc po tym, jak wyszedł ten tom, nie wątpię, że Shuzo Oshimi da sobie radę.

 


Bo ten pierwszy tom, co tu dużo mówić, robi robotę. Niby dzieje się niewiele, fabuła oparta jest na codziennych sprawach, widzimy sytuacje domowe, relacje matki z synem, sprawy szkolne, znajomości etc., nie pędzi to wszystko na złamanie karku, choć za sprawą dość sporadycznie używanych dialogów tempo opowieści jest w zasadzie szybkie. Ale nad wszystkim ciąży jakieś takie fatum nadchodzącej katastrofy. Czuć to od pierwszych, bardzo fajnie wykonanych w kolorze stron i wrażenie to nie znika do końca, a raczej wraz z rozwojem fabuły, kiedy wszystko się zagęszcza, zyskuje na intensywności.

 


Ostatecznie w ręce czytelników trafia rzecz ascetyczna i oszczędna, ale tym ascetyzmem eksponująca jeszcze mocniej to, co ma do powiedzenia i przekazania. Świetnie wykonana, stanowiąca kolejny dowód, że można prosto, a jednak z siłą, dostarcza dobrej, dojrzałej i całkiem mocnej rozrywki dla fanów takich klimatów. Warto.

 

Tytuł kupicie tutaj:

Komentarze