Paranoia Agent – Satoshi Kon

SHOUNEN BAT

 

Długo zabierałem się do obejrzenia „Paranoia Agent”, jedynego w dorobku zmarłego przedwcześnie Satoshiego Kona serialu, a także ostatniego dzieła tego wybitnego twórcy, którego jeszcze nie dane było mi poznać. Ale w końcu to zrobiłem i muszę przyznać, że chociaż tym razem Kon nie odpowiadał za fabułę, dzieło, które wyszło spod jego ręki po raz kolejny było rewelacyjnym i poruszającym doświadczeniem. Może nie do końca równym poziomem (choć i na to jest wytłumaczenie), ale absolutnie wartym poznania. Choćby tylko dla takich momentów, jak ciepły i podbudowujący człowieka odcinek o… zbiorowym samobójstwie.

 

Wszystko sprowadza się tu do serii ataków dokonanych przez tajemniczego napastnika, nazwanego Shounen Batem. Ktoś o niskim wzroście, najprawdopodobniej dziecko, poruszając się na rolkach, atakuje ofiary pogiętym złotym kijem baseballowym. Projektantka zabawek, chłopiec podejrzany o bycie Shounen Batem, jego kolega, nieuczciwy gliniarz… Ofiar przybywa, a sytuacja z każdą chwilą staje się coraz dziwniejsza. Tym bardziej, gdy okazuje się, że po atakach pokrzywdzeni… są bardziej zadowoleni, niż przed…

 

„Paranoia Agent” to serial dziwny. Pozornie niespójny, czasem nierówny poziomem… A jednak doskonale przemyślany i świetnie poprowadzony. Szalony, ale w tym szaleństwie tkwi metoda. Bo Satoshi Kon serwuje nam tu dzieło, które jest jakby kolażem wszystkiego, co zrobił dotychczas. Serialowym odpowiednikiem jego „Millenium Actress”, przeniesionej na grunt horroru / thrillera. W obu przypadkach mamy tu do czynienia z popisem biegłości reżysera w odtwarzaniu gatunków. Popisem tak daleko posuniętym, że jeden z epizodów staje się shounenowym fantasy z księżniczkami, zamkami, latającymi gigantycznymi owadami i wybrańcem, pokonującym złe stwory swoim mieczem. Brzmi dziwnie? I o to właśnie chodzi.


Bo każdy odcinek „Paranoia Agent” to właściwie samodzielna opowieść, składająca się z całą resztą na większą całość. Główni bohaterowie zmieniają się, jak w kalejdoskopie. Dzięki temu poznajemy znakomicie skrojone, różnorodne postaci, ich życia, odmienne postawy, losy… Idealny uczeń, projektantka z blokadą twórczą, prostytutka, która chce zerwać z przeszłością, dziewczynka, która odkrywa, że ktoś ją podgląda, grupa samobójców, którzy chcą wspólnie odejść z tego świat… Krok po kroku coraz lepiej poznajmy też świat i bohaterów, a reżyser coraz bardziej bawi się swoją opowieścią. Czasem mamy tu rasowy thriller, czasem absurdalny, postmodernistyczny horror, czasem erotykę, czasem romans, wreszcie komedię czy epizod złożony z przekazywanych ustnie przez plotkary legend miejskich. A każdy z nich jest niemal równie udany, pokazując wirtuozerię Kona w poruszaniu się w odmiennych stylach, estetykach i gatunkach.


Owszem, pod koniec napięcie nieco siada, nie ma, co tu ukrywać, ale nie zmienia to faktu, że „Paranoia Agent” to wyśmienity serial. Coś, co ma znakomity klimat, świetną akcję, nieoczywistą fabułę, nutę szaleństwa, a także zaangażowaną społecznie i psychologicznie treść. Poza tym to swoisty testament Kona, pięknie ukazujący jego różnorodność i niezwykłość. Nic dziwnego, że ten reżyser, który w swoim dorobku miał przecież tylko cztery filmy, jeden krótki serial, niedokończoną mangę i zbiór krótkich form, zrobił nimi takie wrażenie, że przeszedł do legendy i historii.

Komentarze