Odszedł wielki artysta. Mistrz. Człowiek, na
pracach którego się wychowałem, które mnie kształtowały, które kocham po dziś
dzień… Nie mówię, że był wybitnym twórcą, ale w swoim gatunku, w swojej
kategorii, był mistrzem. Był też leniem, co przeszło do legendy. Był… Dużo
można by mówić, kluczowe jest, że był – BYŁ. Już go nie ma. Zmarł tydzień temu,
krwiak podtwardówkowy. Miał tylko 68 lat. Zostawił po sobie wielką spuściznę,
spore plany na przyszłość – bo manga, którą pisał (a przynajmniej nadzorował)
nadal wychodziła, bo na jesieni będzie anime, bo gra, bo kolejne kinówki, bo…
Dużo tego. Co z tym będzie dalej? Na razie ważniejsze jest, że straciliśmy mistrza,
który dla popularyzacji mangi i anime na świecie zrobił więcej, niż ktokolwiek
inny. Że już nie stworzy nic nowego.
Dziś niejeden z nas czuje się, jakby odszedł
członek rodziny. Coś się zmieniło, coś pękło, coś się skończyło. Aż ciężko jest
w to uwierzyć. Ale takie są fakty, a my… chyba nikt z nas nie spojrzy już tak samo
na kolejne rozdziały „Dragon Balla”, na serial i całą resztę.
Dla mnie umarł kolejny kawałek dzieciństwa. Inaczej
tego nie nazwę. A w głowie mam tylko ostatnie sceny „Dragon Balla GT”, to, jak
Gokū odchodzi, umiera, jednoczy się z kulami. Jak wraca potem, by przy
dźwiękach „Dan Dan Kokoro Hikareteku” zniknąć z tej opowieści. Tak, jak teraz
Tori. Żegnaj mistrzu.
Kimi to
deatta toki
Kodomo no
koro taisetsu ni omotte ita
Basho wo
omoidashitan da
- Field of View

Komentarze
Prześlij komentarz