Amazing Spider-Man #10: Zielony Goblin powraca – Nick Spencer, Kurt Busiek, Saladin Ahmed, Mark Bagley, Federico Vicentini, Ryan Ottley,
JESZCZE
TROCHĘ ZJADANIA GRZECHÓW I OSBORNA
Opowieść „Sins Rising” trwa. Poprzedni tom skończył
się dosłownie na dwa zeszyty przed końcem całej fabuły. Tak w uproszczeniu, bo
wiadomo, to seria więc tu wszystko się łączy i uzupełnia. Ten tom dopełnia
dzieła, jednocześnie serwując nam spory jubileusz, bo zeszyt nr. 49 tu zawarty
to jednocześnie 850 zeszyt „Amazing Spider-Mana” w ogóle. No i z tej okazji
dostaliśmy historię o powrocie Goblina, Osborna, wiecie sami. No i? No i ja za
Osbornem nie przepadam, uważam, że to kiepski wróg, wolę Venoma, a tu jeszcze
Spencer to wszystko pisze, więc rzecz niczego nie rwie. Czyta się spoko to
wszystko, nie przeczę, ale to kolejny spencerowy „Pająk”, który odtwarza to, co
już znamy, nie daje nam nic nowego i ogólnie wypada dość przeciętnie. I nawet
dodatki innych twórców niewiele tu zmieniają.
Zjadacz Grzechów działa dalej, a teraz jego celem
został Norman Osborn. I co ma w takiej sytuacji zrobić Pająk, stając pomiędzy
dwoma swoimi największymi wrogami i wiedząc, że nic dobrego z tego wyniknąć nie
może? Pomóc swojemu największemu wrogowi? Do tego na scenie pojawiają się Miles
Morales, Madame Web, Spider-Woman, Spider-Girl i Ghost-Spider i… Wcale nie koniecznie
są po to, by pomóc Spider-Manowi. A może inaczej, chcą mu pomóc, ale po
swojemu, choćby na siłę i wbrew niemu, a to może doprowadzić do jeszcze
większych komplikacji….
No chciałoby się, żeby z okazji 850 zeszytu serii w
ręce fanów trafił jakiś naprawdę dobry, przełomowy zeszyt. A nawet jeśli nie
przełomowy, to żeby po prostu było to naprawdę coś, ale… No właśnie, tego już
od dawna w serii nie ma, ostatnią prawdziwie solidną zmianą z okazji jubileuszu
to były wydarzenia zeszytu 700, ale wcześniej ani 600, ani 500, ani potem 750
nie zaserwowały nam nic tak super, by chciało się o tym pamiętać na dłużej. I
tego też nie zapamiętam. To jak z zeszytem 800 od Slotta, akcja i fajerwerki
wypełniają zeszyt po brzegi, masa bohaterów i szybkie tempo, ale nic poza tym.
I okej, spoko, można się z tego cieszyć, bo
przynajmniej rzecz nie nudzi i ma parę udanych momentów, a Spencer nie
przesadza przez to z gadaniem, z którego nic nie wynika (przynajmniej za
często), a i humoru w jego wykonaniu nie jest tu tak dużo, by zepsuć opowieść,
co mu się zdarzało nie raz i nie dwa, sporo też jest postaci, które podkręcają
samą opowieść (zrozumiecie o co chodzi, jak poczytacie to wszystko), ale to jak
z filmem z efektami specjalnymi – obejrzycie, jest nawet miło, pośmiejecie się
i szybko zapomniecie.
Ale graficznie rzecz dobrze robi, bo Bagley wie, co
i jak i umie to wykorzystać akcja w jego wykonaniu jest widowiskowa i
nastrojowa, efektowana, w odróżnieniu od scenariusza, któremu bliżej do efekciarstwa,
niż efektowności i miła dla oka. Jest tu klimat, jest dynamika. Ramos też
dobrze wypada, a Ottley i Vicenti nie psują zbytnio wrażenia. No i są tu jeszcze
te dodatkowe historie, słabiutka Saladina Ahmeda (no ten gościu nigdy niczym
mnie do siebie nie przekonał i chyba już nie przekona) i niezła Busieka. Ale
nic to takiego, co by wnosiło coś do całości.
A sam numer jako ta całość właśnie? Cóż, jako
jubileusz to nic to szczególnego, ale jako kolejny tom „Spidera” daje radę.
Taki tom z nieco epickim, eventowym zacięciem, w którym jest na co popatrzeć,
choć nie ma w tym choćby grama oryginalności, a szkoda.
Dziękuję wydawnictwu
Egmont za możliwość przeczytania komiksu.



Komentarze
Prześlij komentarz