Amazing Spider-Man: Back in Black – Joseph Michael Straczynski, Ron Garney

Z POWROTEM W CZERNI

 

„Wojna domowa” dobiegła końca, ale jej konsekwencje trwają i trwać będą. Szczególnie w świecie Spider-Mana, który poniósł jedną z największych strat. Doskonale zaś pokazuje to przesycony emocjami album „Back in Black”, którym Straczynski wraca do Mrocznej Ery Komiksu, gwarantując kolejną porcję niezapomnianych przeżyć, choć to wciąż nie to, co było na początku runu.

 

W trakcie Wojny Domowej Peter, popierając Starka, wyjawił publicznie swoją tożsamość. Wywołało to prawdziwą lawinę szaleństwa, kiedy jego wrogowie zaczęli polowanie na najbliższe mu osoby. I właśnie w tym miejscu zaczyna się akcja tego tomu.

Snajper postrzeliwuje May. Peter zabiera ją do szpitala ryzykując wszystko, byle ocalić najbliższą mu osobę. Jednocześnie rozpoczyna wendettę, gotów zabijać każdego winnego stanu May, która zapada w śpiączkę i wszystko wskazuje na to, że już wkrótce pożegna się z życiem. Co zrobi, gdy winowajcą okaże się przebywający w więzieniu Kingpin? I jakie będą konsekwencje jego działań?

 

„Wojna domowa” dobiegła końca, ale Peter, jak zawsze, nie ma szczęścia i nie może zaznać ani chwili spokoju. Jego życie to od zawsze pasmo tragedii i Straczynski znalazł dobry sposób na wykorzystaniu tego, a co za tym idzie, także poprowadzenie tej opowieści. Zrezygnował z humoru, wracając do świetnych czasów, czyli okresu Mrocznej Ery Komiksu, kiedy to opowieści komiksowe były mroczne, jak sama nazwa wskazuje, i ponure, ale też i fajnie skupione na psychologii, a Pająk nosił swój czarny kostium (tak, jak tu). I w ten sposób stworzył klasyczną w dobrym tego słowa znaczeniu historię. Mało oryginalną, to prawda, May w podobnych tarapatach bywała już wielokrotnie, ale czyta się ją znakomicie, a rysunki Garneya jakoś już nie drażnią, bo mroczne scenerie dobrze mu wychodzą.

 

Z każdym kolejnym zeszytem na dodatek akcja nabiera tempa. Przyznam, że czytając jeden z nich czułem się podobnie, jak oglądając jeden z moich ukochanych seriali, „24 godziny”. Nie będę zdradzał które epizody którego sezony, żeby nie psuć Wam zabawy, ale każdy fan zrozumie o co mi chodzi. Poza tym, na stronach panuje iście znakomity klimat, fabuła jest ciekawa, mocno czerpiąca z klasyki, pomysły proste, acz doskonale poprowadzone, a całość emocjonuje i nie pozwala oderwać się od komiksu ani na chwilę. I tylko samej walce z Kingpinem czegoś zabrakło, jakiegoś mocniejszego akcentu. Ale i tak jest lepsza od większości komiksowych walk - po prostu po Straczynskim oczekiwałem czegoś jeszcze więcej.

 


A finał? Cóż, jak na zakończenie, nie jest zbyt rozstrzygający, właściwie zostawia nas z niczym, ale o to, właśnie chodzi. To już przedostatnia fabuła napisana przez Straczynskiego i stanowi ciąg wielkiej, rozwijanej już od kilku zeszytów opowieści mającej zakończyć jego run i przekazać serię w ręce nowych twórców. Jednocześnie ma ona na zawsze – po raz kolejny – odmienić życie Petera i dać mu swoisty nowy start. I jako taka, sprawdza się lepiej, niż dobrze.

Komentarze